20.07.2014

KC Nwokoye

KC Nwokoye
Tym razem muzycznie od portalu Juventum :)

KC Nwokoye, dla którego Polska stała się nowym domem. 
KC Nwokoye to nigeryjski wokalista, kompozytor oraz autor tekstów od kilku lat zamieszkały w Polsce. Już we wrześniu ukaże się jego debiutancki album "Shine". W 2013 r. ukazał się singiel "Caroline", który spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyki. KC Nwokoye ma na swoim koncie także współpracę z DJ Pesho oraz wytwórnią My Music, czego efektem było nagranie kilku piosenek wraz z teledyskami. Utwory takie jak "Stay tonight" stały się niezwykle popularne wśród radiosłuchaczy oraz internautów. Piosenki emitowały liczne polskie stacje radiowe jak i telewizyjne. Wśród nich tacy potentaci jak Radio Eska. Szerszej widowni KC Nwokoye znany jest z programu "X-Factor", a także sceny "Dzień Dobry TVN". Jego twórczość można było też podziwiać polskiej edycji BalconyTV . Jego głos pojawił się na ścieżce dźwiękowej do polskiego filmu „Yuma” (cover „Ice Ice Baby”). To jednak nie wszystko! KC Nwokoye regularnie uczestniczy w najlepszych jam sessions w Old Timers Garage w Katowicach. Ponadto znalazł się w czołówce artystów biorących udział w Festiwalu Afrykańskim w 2011 roku w Zabrzu. Wielokrotnie również koncertował z orkiestrą symfoniczną w Żorach. Muzyk tworzy muzykę klimatyczną i wyrafinowaną z wykorzystaniem ciekawej instrumentacji oraz niepowtarzalnych aranżacji. Jego twórczość utrzymana jest w klimacie soulu i R&B z licznymi wpływami etnicznymi.

16.07.2014

Relacja ze spotkania autorskiego z Andrzejem Sapkowskim

Relacja ze spotkania autorskiego z Andrzejem Sapkowskim

Dni Fantastyki to już kultowa impreza, zrzeszająca fanów wszelkiej fantastyki. Nieprzerwanie od 2004 roku wrocławskie Centrum Kultury „Zamek” gromadzi przez kilka dni pokaźne grono wielbicieli niezwykłości i osobliwości. Dni Fantastyki ściągnęły w tym roku fanów „Gry o Tron” oraz „Pieśni Lodu i Ognia”, zwolenników steampunku i cyberpunku, lecz niewątpliwie największą gwiazdą tegorocznej, już X edycji imprezy, był Andrzej Sapkowski, autor m.in. „Wiedźmina” i „Trylogii husyckiej”.

Dni fantastyki rozpoczęły się 27 czerwca, lecz dopiero kolejnego dnia Zamek w Leśnicy został wręcz zalany przez entuzjastów fantastyki, horroru i historii. Nie było wątpliwości, kto zgromadził w jednym miejscu tylu ludzi. Tym, który przyciągnął taką rzeszę fanów, był Andrzej Sapkowski. Spotkanie autorskie z jego udziałem miało się odbyć w sobotnie popołudnie na pokaźnej rozmiarów auli, jednakże organizatorzy imprezy nie przewidzieli, że to wydarzenie zgromadzi ponad pół tysiąca osób! To absolutny rekord w historii Dni Fantastyki. Aby pomieścić wszystkich chętnych spotkanie przeniesiono do amfiteatru.
Spotkanie z Andrzejem Sapkowskim zgromadziło ok. 500 osób! (źródło)
Wrocław jest dla Andrzeja Sapkowskiego miejscem szczególnym. Krótko wspomniał o pierwszym pobycie w tym mieście, kiedy to jeszcze było „kupą gruzu” i niczym więcej. Wyznał także, że żałuje, iż nie mieszka na stałe w stolicy Dolnego Śląska. Pisarz, znany ze swojego rubasznego humoru i niebywałej szczerości (czasami aż do bólu), nie omieszkał skrytykować niektórych miast, które niespecjalnie przypadły mu do gustu.

Opowiadał także o początkach swojej twórczości oraz o debiucie w piśmie „Fantastyka”, kiedy to w latach 80 sięgnął po jeden z należących do jego syna egzemplarzy. Wtedy to wysłał swoją pierwszą pracę na konkurs. Zajął w nim III miejsce. Oczywiście pisarz wyraził swoje niezadowolenie – humorystycznie twierdząc, że zasługiwał na pierwszą nagrodę.

Kiedy przyszedł czas na pytania od fanów, w górę podniosły się dziesiątki rąk. Jedna z wielbicielek zapytała autora o ulubionego polskiego pisarza fantastyki, pomijając jego samego. W tej sytuacji pisarz stwierdził, że era dobrej, polskiej fantastyki zakończyła się na Zajdlu oraz Lemie (i oczywiście na nim samym).

Pojawiły się też pytania na temat sidequelu pt. „Sezon Burz”. Andrzej Sapkowski wyjaśnił wątpliwości i kontrowersje dotyczące jego obietnicy o definitywnym zakończeniu przygód Geralta z Rivii. Uznał, że „Sezon Burz” nie jest kontynuacją, a odrębną historią.
Fani twórczości Andrzeja Sapkowskiego zadawali pisarzowi mnóstwo pytań
(źródło)
Z racji tego, że w ramach Dni Fantastyki odbywał się ogólnopolski zlot fanów „Gry o Tron”, Andrzej Sapkowski wyjawił, że zna osobiście George’a R. R. Martina. Mówił, że ceni sobie znajomość z nim, lecz nie jest zadowolony z jego „nieoszczędnej gospodarki” wobec większości bohaterów „Pieśni Lodu i Ognia”. Przyznał też, że gdyby zaproponowano mu stworzenie serialu na miarę „Gry o Tron” na podstawie Sagi o Wiedźminie, z chęcią by się na to zgodził, a w roli Geralta z Rivii widziałby Madsa Mikkelsena.

Nie zabrakło pytań o gry komputerowe oparte na twórczości Sapkowskiego, a także o owiany złą sławą serial na podstawie „Wiedźmina”. Pisarz wyjawił, że producenci powołali się na komiks, który czyta się szybciej niż całą sagę. Zdradził też, dlaczego w roli Jaskra obsadzono Zbigniewa Zamachowskiego. Otóż autor komiksu nieprzypadkowo przedstawił tego bohatera z twarzą podobną do jednego z polskich pisarzy – był to zabieg celowy. A że aparycja tegoż autora zbliżona była do Zamachowskiego, reżyser postanowił zagwarantować mu rolę w serialu „Wiedźmin”.


Na koniec odbyła się obowiązkowa sesja autografów. Ogromna kolejka po podpis autora „Wiedźmina” zdawała się nie mieć końca, i nawet po godzinie prawie się nie zmniejszyła. Spotkanie autorskie z Andrzejem Sapkowskim okraszone było salwami śmiechu i oklaskami publiczności. Humor i luz, z jakim autor podchodził do pytań fanów sprawiły, że było to zapewne najlepsze spotkanie z pisarzem na tegorocznej edycji Dni Fantastyki.


Relacja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Relacja napisana przez Zuza B (Gumiguta)

14.07.2014

#51 Recenzja: Kostka

#51 Recenzja: Kostka
Tytuł: Kostka
Autor: Iza Korsaj
Wydawnictwo: Novae Res

Ocena: 7/10

Nos, usta, uszy, biust – to właśnie na tych fragmentach ciała najczęściej wykonuje się operacje plastyczne. Nie można także zapomnieć o liposukcji czy botoksie. Jednakże nauka cały czas idzie do przodu i wielu nie wystarcza już tylko modelowanie ciała pacjenta. Może warto zajrzeć wgłąb, do mózgu i naszej psychiki? Lecz czy jest na świecie taki człowiek, który odważyłby się naprawić umysł obcego człowieka? 

Doktor Marvin Cross nie jest zwykłym chirurgiem, który wykonuje swoją pracę, aby zarobić na życie. Nie jest także psychopatą, który dla własnego widzimisię zabija niewinne osoby. Marvin uważa się za inżyniera Naprawy, zabiegu, który pozwoli zacząć życie na nowo. Poszukuje potencjalnych ofiar, aby je uszczęśliwić i sprawić, że ich ciało zupełnie się zmieni. Tym razem Marvin Cross chce posunąć się o krok dalej. Pragnie naprawić też mózg, organ tak ważny dla funkcjonowania całego organizmu. Poszukuje pacjenta, który podda się tej makabrycznej operacji. Musi być to człowiek słaby, choć z pozoru silny, a do tego przygnieciony przeszłością. I taki jest właśnie Jerry. Pytanie tylko, czy aby na pewno jest on idealnym obiektem badań i czy przetrwa wyniszczającą Naprawę doktora Marvina Crossa?

Książką interesowałam się już od dawna, więc, kiedy chwyciłam ją w swoje ręce, czym prędzej rozpoczęłam przygodę z Marvinem Crossem. W myślach wykreowałam sobie wizję tej powieści, lecz autorka zaskoczyła mnie, tworząc nieco inne wyobrażenie. Spodziewałam się, że „Kostka” to thriller, którego akcja nigdy nie zwalnia, a czytelnik cały czas będzie trzymany przez autora w napięciu. Zamiast pościgów i wybuchów, odbiorcy serwuje się dość powolne, lecz interesujące przygotowania do właściwej Naprawy. Miało to swoje minusy. „Kostkę” czyta się przyjemnie, lecz na pewno nie szybko. Nie ma wiele dialogów, a dominują refleksje poszczególnych bohaterów.

Iza Korsaj jednak skupiła się na psychologii postaci, a w szczególności na umyśle doktora. Muszę przyznać, że autorka bardzo dobrze przedstawiła tego bohatera, choć nie mogę powiedzieć, że go polubiłam. Jest niezwykle interesujący, ale wątpię, aby ktokolwiek zapałał miłością do inżyniera Naprawy. Inne postaci, choć słabiej wyeksponowane, także są niezmiernie ciekawe.

Podobało mi się wykorzystanie pierwszoosobowej narracji, która dominowała w „Kostce”. Marvin jako narrator pozwala nam jeszcze bardziej wgłębić się w całą sytuację, a do tego pokazuje inny obraz siebie. W końcu czytelnik zaczyna zastanawiać się, czy ten zagadkowy chirurg to aby na pewno postać stricte negatywna. Nie wszystkie jego czyny są złe i niemoralne, co powoduje, że nie możemy przypisać go konkretnego typu postaci.

Autorka nie uznaje tematów tabu. Nie boi się przedstawiać ludzi jako prymitywne kreatury, które dążą do zaspokojenia własnych potrzeb. W pewnych momentach powieść ukazuje swoją wulgarną stronę, a wręcz brutalną. Choć te momenty były dobrze napisane, to jednak krzywiłam się, czytając je. Na pewno nie jest to książka dla osób o słabych nerwach, ani też pozycja, która idealnie pasuje do niedzielnych obiadków.

Koniec powieści także zasługuje na uwagę. Byłam zaskoczona ostatnimi stronami, co nieczęsto mi się zdarza. Dlatego też wyczekuję z niecierpliwością na kolejną książkę Izy Korsaj. „Kostka” to pozycja nie dla każdego, ale czytelnicy, którzy zdecydują się na wyprawę razem z Marvinem Crossem, na pewno się nie zawiodą.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

5.07.2014

Stosik lipcowy

Stosik lipcowy
Bardzo, ale to bardzo powoli wracam do świata żywych. Ciężko mi ostatnio dorwać się do książek, a wszystko przez fanfictions i mangi. I tak czytam do późnych godzin nocnych wszystko to, co do recenzji się zbytnio nie nadaje. Wprawdzie teraz wciągnęłam się w "Pisarz, który nienawidził kobiet. Podwójne życie seryjnego mordercy" i mam nadzieję, że w końcu zacznę pochłaniać wszystkie zaległe pozycje. Dobra, koniec narzekania, przedstawiam wam mój skromny stosik.

Stosik jest skromny z dwóch powodów:
- przyjaciółka zabrała mi 1/5 mojej biblioteczki i nieprędko ją odda - wakacje się zaczęły, a ona nie ma nic do roboty, więc czyta (moje) książki
- niedaleko mnie otworzono sklep z mangami, więc całe moje oszczędności poszły na "chińskie bajki" (widziałam otchłań kosmosu w moim portfelu, tak w nim pusto!)

Od góry:
- "Niewolnicy z Socorro" - John Flanagan - kupiłam z sentymentu i nie spodziewałam się fajerwerków. Na szczęście Flanagan nie zawiódł mnie i naprawdę dobrze się bawiłam, czytając 4 część "Drużyny".
- "Szczęśliwa godzina w piekle" - Tad Williams - szału nie było, ale i tak dobrze wspominam tę książkę. Egzemplarz recenzencki od Juventum.
- "Obcy" - Maks Frei - ostatnio nie mam zbytnich oporów do urban fantasy, więc w bibliotece biorę te pozycje z ciekawszymi opisami. "Obcego" jeszcze nie zaczęłam, ale za tydzień mam zamiar się za niego zabrać.
- "Hyperion" - Dan Simmons - prezent urodzinowy od przyjaciółki. Wprawdzie spóźniła się z nim ponad 11 miesięcy, ale zdążyła przed kolejnymi urodzinami. Doceniam!

Nieco skromnie, ale trzeba wziąć pod uwagę to, że wszystkie oszczędności poszły na mangi, wakacje i pizze, które ostatnio pochłaniam. Jak widać, radzę sobie bardzo dobrze ze zdrową dietą i oszczędną gospodarką pieniędzmi. :P

Zuza B (Gumiguta)

29.06.2014

#50 Recenzja: Szczęśliwa godzina w piekle

#50 Recenzja: Szczęśliwa godzina w piekle
Tytuł: Szczęśliwa godzina w piekle
Autor: Tad Williams
Wydawnictwo: Rebis
Ocena: 6/10

Idź do diabła! Lepiej nie używać tej frazy, bo a nuż ktoś trafi przed próg diabelskiego pałacu. Bobby Dolar nic sobie nie robił z takich odzywek, dopóki on sam nie trafił do piekła. Anioł, który jak dotąd zamieszkiwał niebo, został rzucony przez autora na głęboką wodę. Pojawia się więc pytanie – czy adwokat poradził sobie w nowym, nieprzyjemnym miejscu? Czy może poszedł na dno i nijak nie wypłynął na powierzchnię?

Bobby Dolar, niegdyś szanowany anielski adwokat ludzkich dusz, w tej chwili siedzi po same uszy w bagnie. Cóż, kumple nie zawsze są w porządku, a właśnie jeden z nich podłożył mu pod nogi świnię, a dokładniej – złote pióro archanioła. Nie jest to dobry znak, a już tym bardziej przedmiot, z którym od tak można pałętać się po ulicach nieba. Arcyksiążę Piekła, Eligor Jeździec, pragnie za wszelką cenę odzyskać drogocenną rzecz, a przy tym skrócić Dolara o głowę. Jest jeszcze jeden problem, a mianowicie kochanka Bobby’ego, Caz, ma przymusowe wakacje u Eligora. Adwokat może jednak odzyskać ukochaną pod warunkiem, że potulnie odda skradzione pióro. Brzmi prosto, łatwo i przyjemnie. Tylko czy aby na pewno Bobby uwinie się ze wszystkim w godzinę?

Bobby Dolar nie uwinął się z tą sprawą w godzinę i raczej nie był to szczęśliwy czas. „Szczęśliwa godzina w piekle” to bezpośrednia kontynuacja „Chodząc ulicami nieba”, więc za aniołem ciągnie się rząd kłopotów, których sobie narobił w poprzedniej części. Główny bohater nadal nie bardzo wie, jak poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, która coraz bardziej się komplikuje. W książce sporo się dzieje – co chwila pojawiają się nowe problemy, które dostarczają rozrywki Bobby’emu. Akcja jest niezwykle wartka w pewnych momentach, tyle że czasami aż za bardzo galopowała. Niestety tempo też gwałtownie spadało, dzięki czemu zapanował swoisty chaos.

Takie zastoje w tempie akcji spowodowane były głównie opisami piekła. Tad Williams zagalopował się nieco w przedstawieniu kolejnych poziomów podziemia. Z początku opisy były ciekawe, a przy tym mroczne i straszliwie przygnębiające, lecz później czar prysł, a książka zaczęła mnie nużyć, a nawet męczyć. Bobby Dolar przez większość „Szczęśliwej godziny w piekle” przemierza piekło, a czytelnik przez dłuższy czas widzi tylko te makabryczne wizje. Monotonia nie jest dobrym rozwiązaniem, a tym bardziej w przypadku powieści, liczącej niemal pięćset stron.

Niestety najsłabszym elementem w całym dziele Tada Williamsa jest fabuła. Obraca się ona wokół jednego tematu – uratowania ukochanej Bobby’ego, Caz. Oklepany motyw został odratowany jedynie przez tło, czyli piekło, oraz warsztat autora, który, przez lata pracy, został świetnie oszlifowany. Tad Williams nadal pisze na wysokim poziomie – sarkastyczne uwagi Dolara wywołują niekiedy uśmiech na twarzy czytelnika, a zgrabnie uformowane zdania nie męczą odbiorcy. Szkoda tylko, że w temacie fabuły niemal się skompromitował.

Drugi tom trylogii o Bobbym Dolarze nie powtórzył sukcesu poprzedniczki. Zabrakło tej równowagi i nietuzinkowej fabuły, która trzymałaby czytelnika w napięciu przez cały czas. Niby wiele się dzieje, ale odbiorca czuje ten niedosyt i znudzenie wiecznym ganianiem za uwięzioną kochanką. Styl pisania i doświadczenie Tada Williamsa ratują tę powieść, lecz nadal nie jest to pozycja, z którą chciałoby się przeżyć najlepsze chwile swego życia.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

23.06.2014

#49 Recenzja: Drużyna. Niewolnicy z Socorro

Tytuł: Niewolnicy z Socorro
Autor: John Flanagan
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 8/10

Przyznam, że obawiałam się kontynuacji „Drużyny”, gdyż autor planował zakończyć serię na 3 części. Jednakże John Flanagan wyznał, że nie zamiesza rozstawać się ze swoimi skandyjskimi bohaterami i pragnie napisać kolejne tomy. Być może wiele osób skakałoby z radości na wieść o dalszych przygodach Hala i jego przyjaciół, ale ja się nie zaliczam do tego radosnego grona. W 3 tomie pt. „Pościg” wszystkie wątki zostały domknięte na ostatni guzik i więcej do szczęścia nie było mi potrzeba, a tym bardziej kolejnego książkowego tasiemca. Niemniej, kiedy pojawili się „Niewolnicy z Socorro”, kupiłam i tę część, lecz głównie z sentymentu do Johna Flanagana. Pojawia się jednak pytanie, czy australijski pisarz nie spoczął na laurach i czy kolejna powieść nie jest tylko dodatkowym tworem dla nabicia kieszeni pieniędzmi.

Drużyna Czapli, po zakończonej przygodzie z Zavaciem, już nie podróżuje po niebezpiecznych morzach i oceanach. W tej chwili stacjonują u wybrzeży Skandii, pilnując porządku na wodach i chroniąc statki handlowe. Oberjarl Erak widząc, że Hal i jego przyjaciele nie są stworzeni do sterczenia w jednym miejscu, powierza im pewne zadanie. Czaple wyruszają do Araluenu, by na mocy dawnego kontraktu bronić tamtejszą ludność przed atakami nieprzyjaciół. Z pozoru łatwe zadanie wcale nie jest tak proste i przyjemne, jak mogłoby się wydawać. Pewnego dnia Czaple są świadkami napaści na aralueńską ludność. Okazuje się, że mieszkańcy Arydii prowadzą handel niewolnikami i w ten sposób pozyskują nowy „towar”. Nawet Gilan, jeden z członków Korpusu Zwiadowców, zostaje wciągnięty w pogoń za okrutnymi handlarzami. Tylko czy spryt Hala, zgranie Czapli, siła Thorna i zwiadowcze umiejętności Gilana są w stanie pokonać tak ogromną szajkę?

„Niewolnicy z Socorro” zaczynają się naprawdę niepozornie. Nie ma kolorowych fajerwerków, szaleńczych pościgów i efektownych wybuchów – jest nadzwyczaj spokojnie. Dopiero, kiedy nasi chłopcy docierają do Araluenu, zaczyna się coś dziać. John Flanagan stopniowo dawkuje czytelnikowi kolejne dawki wartkiej akcji tak, aby całość nie gnała na łeb, na szyję. Spodobało mi się to zagranie, gdyż nie lubię bezsensownych gonitw za wszystkim, a w gruncie rzeczy – za niczym. Książka trzyma w napięciu szczególnie wtedy, gdy Flanagan przerzuca swych bohaterów na właściwy grunt, czyli miasto, w którym prężnie rozwija się handel niewolnikami – Socorro. O tak, wtedy sporo się działo i nie było siły, abym się odkleiła od ostatnich stron „Niewolników z Socorro”. Może nie ma wielkich i krwawych wojen, ale za to są mniejsze bitwy i potyczki, które także powinny zadowolić fana „Drużyny”, a także „Zwiadowców”.

Jeszcze przed wydaniem 4 części „Drużyny” pojawiły się pogłoski, że spotkamy się ze starymi przyjaciółmi z serii „Zwiadowcy”. Oprócz takich postaci jak Erak czy Svengal, na kartach powieści zagościł także dobrze nam znany Gilan – drugoplanowa postać z poprzedniego cyklu Flanagana. Występują także inne osobistości poznane przez fanów „Zwiadowców”, choć niekoniecznie biorą udział w akcji. Czasami po prostu są wymieniani z imienia czy nazwiska, a przy niektórych czytelnik musi domyślić się, o kogo chodzi. Wspomniany już tutaj Gilan odgrywa nieco większą rolę niż w „Zwiadowcach”. Jednakże Flanagan nie stworzył z „Niewolników Socorro” 13 tomu sławnej serii. Bohater ten nie został przeniesiony na pierwszy plan, aby świecił niczym gwiazda i przysłaniał swym blaskiem całą drużynę Czapli. Nadal pierwsze skrzypce gra Hal i jego przyjaciele, a Gilan jest po prostu miłym akcentem w powieści dla tych, którzy wcześniej przeczytali „Zwiadowców” i polubili charyzmatycznego zwiadowcę.

Kreacja postaci także nieźle wypadła. Czaple już nie są przestraszonymi chłopaczkami, którzy nie wierzą w siebie i w swoje umiejętności. Wiedzą, co im wychodzi lepiej, a co gorzej i nie starają się mędrkować w sprawach, które nie są ich mocną stroną. Widać tę przemianę, za co jestem niezwykle wdzięczna Flanaganowi. Autor nie przeskoczył sobie ot tak na kolejny poziom, lecz pokazał ich trudną drogę na szczyt, a w 4 części „Drużyny” rezultaty tej przemiany. Nadal jednak są niedoświadczeni i, jak każdy, posiadają pewne wady. Tyle że teraz każdy członek załogi „Czapli” próbuje je przekuć na zalety. Australijski pisarz nie robi z tych postaci superbohaterów, którzy radzą sobie w sytuacji bez wyjścia. Tworzy po prostu zwykłych ludzi, którzy może i nie mają supermocy, ale za to starają wykrzesać z siebie tyle, ile się da.

W poprzednich częściach humor był strasznie naciągany. Flanagan na siłę chciał urozmaicić powieści, dodać nieco dowcipu, który ani śmieszny, ani szczególnie górnolotny nie był. W „Niewolnikach z Socorro” pisarz nieco przystopował z zabawnymi momentami i nie wtyka ich, gdzie popadnie. Może nie zwijałam się ze śmiechu, lecz też nie czytałam poszczególnych fragmentów z zażenowaniem. Przy niektórych frazach uśmiechałam się pod nosem, więc uważam, że humor aż taki tragiczny nie był, a wręcz całkiem niezły.

Jednakże nie w każdym aspekcie jest tak kolorowo i przyjemnie. Niewątpliwym minusem powieści jest przewidywalność fabuły. Z pozoru niewyjaśnione zdarzenia tak naprawdę można było bardzo łatwo skojarzyć z postaciami, występującymi w książce. Flanagan właściwie niczym mnie nie zaskoczył. Wertowałam kartki z nadzieją, że a nuż zdarzy się coś nieoczekiwanego, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Szkoda, gdyż gdyby ten element został dopracowany, to jeszcze bardziej cieszyłabym czytaniem tego dzieła.

„Niewolnicy z Socorro” są zadziwiająco dobrą lekturą dla dzieci i młodzieży. Trudno mi było się oderwać od przygód Hala i pozostałych Czapli, gdyż Flanagan nie tylko świetnie budował napięcie, ale też stworzył ciekawą i dość nietuzinkową fabułę. Na warsztat pisarski autora także nie mogę narzekać. Pozostaje mi tylko czekać na kolejną część serii, która, mam nadzieję, okaże się równie dobra, a może i lepsza od swojej poprzedniczki.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

20.06.2014

#48 Recenzja: Zabójczyni i władca piratów

#48 Recenzja: Zabójczyni i władca piratów

Tytuł: Zabójczyni i władca piratów
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ocena: 5/10

Tym razem spotykamy się z niezmordowaną Celaeną w króciutkiej nowelce pt. „Zabójczyni i władca piratów”. Cofamy się o kilkanaście miesięcy, aby poznać tajemniczą przeszłość dziewczyny i jej kompanów. Lecz czy ta swoista podróż w czasie udała się autorce i dała mi do zrozumienia, że nie powinnam jeszcze spisywać na straty jej literatury?

Groźnej i niebezpiecznej zabójczyni powierzono z pozoru nudne i zbyt łatwe zadanie. Celaena Sardothien musi dostać się na tropikalną wyspę, gdzie urzęduje Władca Piratów, i odebrać dług jej mistrza. Dla świetnie wyszkolonej dziewczyny to praktycznie bułka z masłem. Jednakże wszystko się komplikuje, kiedy okazuje się, że misja uwzględnia jeszcze drugą osobę – Sama, którego szczerze nienawidzi. Dodatkowo dług pirata nie został zaciągnięty w postaci złota czy klejnotów, a niewolników. Sardothien, choć jest bezwzględną zabójczynią, nie chce dopuścić do wykorzystywania niewinnych osób i pragnie za wszelką cenę nie dopuścić do tego występku.

Trzeba przyznać, że ta „książeczka” nie grzeszy objętością. Nie udało się nawet przekroczyć magicznej liczby stu stron. Nie można powiedzieć, aby to była wada powieści, ale też nie stwierdzam, iż to zaleta. Nie obraziłabym się, gdyby autorka nieco bardziej rozbudowała to dzieło. Niemniej „Zabójczynię i władcę piratów” czyta się zaskakująco dobrze. Akcja, choć wartka, nie goni na łeb, na szyję. Dzięki temu nie gnamy na złamanie karku, nie mając szans na zastanowienie się nad fabułą czy relacjami między bohaterami. Nie za dużo walk i pojedynków, ale też nie przesadzono z rozmyślaniami postaci, czyli w sam raz.

Niestety Celaeny nadal nie potrafię tolerować, a inni bohaterowie także nie są wybitni, jeśli chodzi o ich kreację. W „Szklanym tronie” odebrałam ją jako osobę, której wszystko się udaje i która zamienia przedmioty w złoto, ledwie je musnąwszy. W nowelce charakter dziewczyny się nie zmienił, a może wręcz pogorszył. Rozpuszczona zabójczyni ma wszystko na wyciągnięcie ręki, a do tego bez zastanowienia ratuje, kogo popadnie. Moralnie oczywiście wszystko gra, lecz dzięki temu, że Celaena (która sama postępuje wbrew prawu) zachowuje się tak, a nie inaczej, to ta książka nabiera moralizatorskiego charakteru. Tworzy się z niej opowiastka dla dzieci, która pokazuje, co można, a czego nie można robić. Żadnego głębszego sensu czy też drugiego dna. Rozczarowało mnie to, gdyż liczyłam, że pisarka choć trochę mnie zaskoczy. Przeliczyłam się.

Sarah J. Maas nie postarała się także o konkretne zakończenie. Wydaje się, że to właśnie ta część powieści powinna być najważniejsza i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Kończąc powieść, czułam niesamowity niedosyt, gdyż wiele moich niemych pytań pozostało bez odpowiedzi. Nie było to typowe trzymanie czytelnika w niepewności, lecz zwykłe niedociągnięcie. Podstawowe kwestie nie doczekały się rozwiązania, co było wręcz śmieszne.

„Zabójczyni i władca piratów” jest jedynie krótkim opowiadaniem, które niestety nie zaspokaja czytelnika. Mimo że nowelkę czyta się szybko i całkiem przyjemnie, to niedopracowanie i denerwujące postaci na tyle dawały się we znaki, że nie byłam w stanie w pełni się nią cieszyć. Dzieł Sarah J. Maas jeszcze nie spisuję na straty, ale niestety są na dobrej drodze odstawienia ich raz na zawsze.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Copyright © 2016 Recenzje Nadine , Blogger