8.03.2014

Konkurs z Ksiązkowa Molica

Konkurs z Ksiązkowa Molica
Mamy dla was konkurs ja i Książkowa Molica
Z okazji Dnia Kobiet 



1. Organizatorkami  konkursu są: Książkowa Molica oraz Nadine , właścicielki blogów pod adresem http://ksiazkowamolica.blogspot.com/ , oraz http://recenzjenadine.blogspot.com/

2. Konkurs trwa od 8 marca do 8 kwietnia.

3. Nagrodą w konkursie są książki pt. „Ptaszyna” Dody Około-Kułak, oraz „Zielone Jabłuszko” autorstwa Izabeli Sowy.  Książki pochodzą z naszej prywatnej biblioteczki.

4. W konkursie mogą wziąć udział osoby posiadające adres korespondencyjny na terenie Polski.

5. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania.

6. Aby wziąć udział należy zostawić pod tym postem komentarz, który zawierać będzie:
a) chęć wzięcia udziału, zgłoszenie (zgłaszam się, chcę, biorę udział, umrę jak nie dostanę, itd.)

b) adres e-mail (aktualny, używany)
c) jeśli posiadasz bloga bardzo proszę o dodanie podlinkowanego banera (niewymagane)

7. Mile widziane jest dodanie naszych blogów do obserwowanych oraz polubienie naszych FP.
Ksiazkowa Molcia
Recenzje Nadine    
                                                                                                      8. Wyniki zostaną ogłoszone do 10 dni roboczych od daty zakończenia konkursu.

9. Ze zwycięzcą skontaktujemy się mailowo. Ma on obowiązek przesłać nam adres do wysyłki na nasze maile  w ciągu 3 dni od daty otrzymania od nas  wiadomości o wygranej. W przeciwnym razie losowanie odbędzie się ponownie i zostanie wyłoniony kolejny zwycięzca.

10. W konkursie mogą brać udział osoby nieposiadające konta google, ale anonimów proszę o podanie imienia i pierwszej litery nazwiska.

11. Jeśli zgłosi się mniej niż 25 osób organizatorzy zastrzegają  sobie prawo do odwołania konkursu.

12. Nagrodę wyślemy prawdopodobnie listem poleconym po otrzymaniu przez nas adresu zwycięzcy.

13. Organizator ma prawo przedłużyć czas trwania konkursu o okres dwóch tygodni lub mniej.

Ah wypadło mi z głowy Proszę napisać w komentarzu tytuł książki która chcecie wygrać:)

4.03.2014

#35 Recenzja: Elfy

#35 Recenzja: Elfy
Tytuł: Elfy
Autor: Bernhard Hennen, James Sullivan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ocena: 6/10


Elfy na dobre zagościły w literaturze fantastycznej za sprawą mitów przeróżnych ludów i tolkienowskich opowieści o Śródziemiu. Ostrouche, piękne i gibkie stworzenia znane są z nieludzkiej zwinności, świetnego władania łukiem oraz długowieczności. Zapewne wielu czytelników nie wyobraża sobie bez nich powieści fantastycznej.

Grupa myśliwych przemierza gęsty las w poszukiwaniu tajemniczej istoty - człeknura. Polowanie kończy się tragiczne dla większości myśliwych - jedynie Mandredowi udaje się ujść z życiem. Nie oznacza to jednak, że ów człowiek bezpiecznie powróci do rodzinnego domu. Cudem dostaje się do świata elfów, który diametralnie różni się od ludzkiej Ziemi. Królowa elfów otwiera przed Mandredem nowe możliwości - jeśli odda w jej ręce jego pierworodnego syna, drużyna elfów wspomoże go w poszukiwaniu krwiożerczego człeknura. Niestety, bestia wdziera się do królestwa ostrouchych istot, siejąc zamęt i spustoszenie, a szansa na zabicie jej maleje z każdym dniem...

Zintegrowana okładka wspaniale się prezentuje, nie tylko pod względem funkcjonalności. Nie tak łatwo zagiąć rogi ani tym  bardziej przełamać grzbiet. Poza tym warto zwrócić uwagę na grafikę, która przyciąga wzrok swoim pięknem i niezłym zestawieniem kolorów. Fabryka Słów przyzwyczaiła już czytelników, że ilustracje zarówno na przedzie, jak i w środku książki, pozostają na wysokim poziomie. Jednak każdy mol książkowy zapewne zgodzi się ze mną, że nie należy oceniać powieści po okładce. Bajeczne opakowanie może kryć w sobie nieciekawe i niedopracowane wnętrze, a wtedy nawet najcudowniejszy obraz nie jest w stanie zrekompensować nam niedosytu po przeczytaniu  pozycji. Niestety  w przypadku "Elfów" to okładka jest tą mocną stroną, lecz sama treść nie porywa.

Autorem powieści jest niemiecki pisarz Bernhard Hennen. Jednakże nie do końca jest to prawda, gdyż "Elfy" są dziełem napisanym przez jeszcze jedną osobę, debiutanta Jamesa Sullivana. Jego imię nie zostało przedstawione na okładce, a jedynie umieszczone drobnym drukiem na pierwszej stronie i na ostatnich kartach powieści. Zazwyczaj odbiorca przechodzi od razu do treści, nie zadając sobie trudu, aby zerknąć na podziękowania lub na informacje wydawnicze. W ten sposób kompletnie zapomniano o Jamesie Sullivanie i wszystkie laury przypisano Hennenowi.

Typowa literatura fantasy charakteryzuje się opisowością, często wręcz nadmierną.  Wiele osób uznaje to za plus, za urok tego rodzaju książek. W "Elfach" nie brakuje przedstawiania postaci, miejsc i wydarzeń, jednakże autorzy nieco przesadzili. Trzeba pozostawić pewną dozę wolności w wyobraźni czytelnika, podając przy tym pewne informacje tak, aby nie były one zbyt szczegółowe. Jestem w stanie zrozumieć dokładny opis materiału, który został wykorzystany do wybudowania danego zamku lub wyglądu określonego elfa, ale zapewniam, że do szczęścia nie jest mi potrzebna ilość schodków prowadzących do tronu królowej. Co za dużo, to niezdrowo.

Nie postarano się także w kreowaniu postaci. Elfy do bólu przypominają istoty pokroju Legolasa z "Władcy Pierścieni" - wysokie, biegłe w łucznictwie, nieziemsko piękne i utalentowane na różnych płaszczyznach. Ich charaktery są praktycznie identyczne, a różnią się jedynie kolorem włosów czy oczu. Liczyłam na jakiś odchył w szablonie, lecz książka przedstawiała oklepany obraz tych mitycznych istot. Ta sztampowość nużyła mnie i sprawiała, że powieść w pewnych momentach była do bólu przewidywalna. Mandred jako człowiek, też nie był zjawiskowy. Typowy rębajło, który zamiast myśleć, woli szastać toporem na prawo i lewo. Żaden bohater "Elfów" nie zaskoczył mnie, a przy tym do żadnego się nie przywiązałam.

Udało mi się jednak wychwycić pewne zalety powieści. Kiedy autor zazwyczaj skupia się na humanoidalnych istotach, to w "Elfach" Hennen i Sullivan dali szansę roślinom, a dokładniej drzewom. Nie są one tylko biernymi świadkami wydarzeń, lecz odgrywają ważną rolę w zaistniałych wydarzeniach. Jak nie wyszło autorom wykreowanie elfów i ludzi, tak z zielonymi kompanami ostrouchych poradzili sobie znakomicie.

Fabuła nie obraca się tylko wokół wyprawy na człeknura. Z jednego wątku przechodzimy do kolejnych, coraz to bardziej rozbudowanych i prowadzących do różnorakich rozwiązań. To jedna z tych rzeczy, która sprawia, że odbiorca nie czyta książki z sennością wypisaną na twarzy, gdyż cały czas coś się dzieje. Ciekawym rozwiązaniem jest też wprowadzenie co kilka rozdziałów motywu podań. Autorzy postanowili spisać dotychczasowe przygody Mandreda i jego przyjaciół z punktu widzenia kronikarza.  Ukazano w ten sposób zakłamania, wynikające z nadmiernej imaginacji ludzi.


"Elfy" Bernharda Hennena i Jamesa Sullivana to powieść okraszona tradycyjnymi elementami fantasy, lecz niewnosząca nic nowego. Nie można pozbyć się wrażenia, że autorzy zapożyczyli wiele, o ile nie za dużo elementów z twórczości Tolkiena. Wielka szkoda, gdyż sama historia miała potencjał, lecz nie został on wykorzystany.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

3.03.2014

Zapowiedzi - marzec 2014

Zapowiedzi - marzec 2014
Ten miesiąc zapowiada się niezwykle, a to dlatego, że na rynek wychodzą naprawdę ciekawe książki. Jedna lepsza od drugiej i tylko czekam, aż się ukażą w księgarniach. - Zuza B (Gumiguta)


Tytuł: Rzeki Londynu
Autor: Ben Aaronovitch
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 19 marca
Przypomina mi nieco "Kroniki Wardstone" i "Badacza potworów". Obie serie pokochałam, a teraz do księgarń wchodzi powieść o podobnym wątku, lecz od razu można wyczuć inny klimat. Londyn fascynuje i zniewala, a elementy kryminału zapewne nie są na darmo wykorzystane.

Tytuł: Żarna niebios
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 21 marca
Co tu dużo kryć - jestem wielką fanką twórczości Kossakowskiej, a w szczególności upodobałam sobie "Cykl Anielski". Dlatego skrzydlatym nie popuszczę, muszą w najbliższym czasie zagościć na mojej półce


Tytuł: Multirzeczywistość
Autor: David Louis Edelman
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 21 marca
Kiedyś czytałam pierwszą część serii pt. "Infoszok". Jedna z pierwszych powieści science-fiction jaką tknęłam. Gdyby nie to, że zakochałam się w poprzednim tomie, to pewnie miałabym uraz to s-f. A tak wystarczy tylko wydać ostatnie grosze na "Multirzeczywistość".




Tytuł: Żywe srebro
Autor: Neal Stephenson
Wydawnictwo: MAG
Premiera: 28 marca
Już sama okładka jest niezwykła, a co dopiero treść. Historia przeplata się z fantastyką, realne postacie z fikcyjnymi. Piękny misz-masz z niewiarygodną fabułą i tematyką, lecz z równie niewiarygodną ceną i objętością. Ponad 1100 stron porządnej lektury

1.03.2014

Stosik marcowy

Stosik marcowy




Ten stosik może nie jest pokaźny, ale zawsze ma trochę do zaoferowania :)







I jeszcze jedno, ważne info! Rozpoczęłam współpracę z portalem
literatura.juventum.pl, więc życzcie mi szczęścia, a także chęci, żebym zagrzała tam miejsca jak najdłuzej :)

Lecimy od góry:
- "Dreszcz" - Jakub Ćwiek - Nie jestem wielką fanką twórczości Ćwieka, jednak jego powieści czyta się szybko i przyjemnie. Akurat książka trafiła w moje ręce w bibliotece.
- "Wojna Starka" - Jack Campbell - sciencie fiction w świetnym wydaniu. Skoro w mgnieniu oka przeczytałam "Zaginioną Flotę" tegoż autora, to jestem wręcz pewna, że Campbell znowu zaoferuje mi coś ciekawego. Biblioteczny egzemplarz.
- "Blask Wieczności" - Anna A. Swoboda - egzemplarz prosto od autorki. Fantasy w ciekawym wydaniu i z ładną okładką. Za niedługo biorę się za czytanie :)
- "Altowiolista" - Jan Antoni Homa - bo połączenie kryminału i muzyki, to cudowna sprawa :3 Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa SOL
- "Rzeka szaleństwa" - Marek P. Wiśniewski - również od wydawnictwa SOL, lecz z wątkiem miłosnym i nutką thrillera.
- "Romeo i Julia. Hamlet. Makbet" - William Shakespeare - zakup własny, który jest moim oczkiem w głowie, ponieważ dzieła te przetłumaczył Stanisław Barańczak.
- "Krucjata Krwi" - Sonia Wiśniewska - tym razem jest to krótki komiks, prequel do większej akcji. Podoba mi się zarówno wykonanie, jak i sam pomysł. Egzemplarz od Sonii Wiśniewskiej.

W tym miesiącu to tyle, może w następnym mi się poszczęści lub wręcz przeciwnie, stosik będzie świecił pustkami :)

Zuza B (Gumiguta)

28.02.2014

#34 Recenzja : Plan

#34 Recenzja : Plan


Tytuł: Plan
Autor: Patrycja Gryciuk
Wydawnictwo: Poligraf
 Ocena: 7/10

Cztery nazwiska – jedna dziewczyna: Anna Smith, Anna Taredov, Anna Williams, Może Anna Maidley. Jak to możliwe? Co kryje z pozoru zwykła, młoda kobieta? Siergiej Taredov jest naukowcem i bogaczem, który może mieć wszystko. Zakochuje się w o 20 lat młodszej Annie. Lorcan Maidley to zwykły student architektury, również zauroczony w wdziękach dziewczyny. Czy uda mu się ją zdobyć? Nie wiadomo, co z tego wyniknie – gorąca miłość, czy niezapomniana przyjaźń. Mogłoby się wydawać, że nic nie stoi na przeszkodzie do pogłębienia uczucia między Anną a Lorcanem. Wszystko się zmienia, gdy Anna poznaje Siergieja, niezwykle przystojnego Rosjanina. Po za nim nie widzi świata, lecz czy powinna wierzyć na ślepo tajemniczemu mężczyźnie?

Zwykłe romansidło, tradycyjny harlequin - tak mogłoby się wydawać na samym początku. Prawda okazuje się inna, a w czasie czytania na pierwszy plan wysuwają się inne wartości. Cudowną namiętność zakłócają osoby oraz organizacje, które nie są przychylne bohaterom powieści. To nie jest sielankowa powieść, w której postaci będą żyć długo i szczęśliwie.

W „Planie” możemy znaleźć prywatne korespondencje głównych bohaterów, co pozytywnie nastraja czytelnika. Dzięki temu odbiorca może poznać daną postać i bliżej przyjrzeć się charakterowi. Wplecione w książce dialogi są bardzo ciekawe i chętnie je czytało. Książka na przemian bawiła mnie i smuciła. Cięty język bohaterów to niezaprzeczalnie zaleta „Planu”.

Plan to powieści o wielu wątkach, a każdy z nich jest ukazany w odmienny i ciekawy sposób. Znajdziemy w nich miłość szczęśliwą, jak również tą niespełnioną, a także, przyjaźń, która nie jest gorsza czy też mniej ważna od miłości. Czytelnik doszuka się wielu innych uczuć, które mogą wywołać u niego wiele skrajnych emocji.

Po przeczytaniu powieść, zastanawiałam się, jakbym postąpiła na miejscu Anny. Czy skusiłabym się na materialne bogactwa, czy raczej kierowałabym się sercem. W „Planie” to właśnie wybór jest zarówno przyjacielem, jak i wrogiem Anny. Nie można przewidzieć przyszłości. Gdyby tak było, życie stałoby się dużo łatwiejsze.

Za możliwość przeczytania Dziękuję Autorce książki Patrycji


26.02.2014

#33 Recenzja: Play



Tytuł: Play
Autor: Javier Ruescas
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 8/10

Aaron – dobrze wychowany nastolatek z bogatej rodziny, który ma określone plany na przyszłość.
Leo – czarna owca rodziny, rozrabiaka z zawyżonym ego i Casanova, człowiek żyjący z dnia na dzień.

Wydaje się, że nic ich nie łączy, lecz więzów krwi nie da się tak łatwo zerwać. Po nagłym odejściu starszego brata, Aaron nie pała do niego miłością, kiedy to Leo powraca do domu niczym syn marnotrawny. Próbują na nowo odkryć siebie i znów stać się najlepszymi przyjaciółmi. Nie jest to jednak takie proste. Aaron przeżywa swoją nieudaną, wakacyjną miłość, natomiast Leo cały czas pragnie wznieść się na wyżyny sławy. Pewnego dnia starszy brat odkrywa na swoim zapomnianym dysku komputera piosenki autorstwa Aarona, które, o dziwo, mają spory potencjał.  Leo wpada na szatański pomysł nagrania amatorskiego teledysku, w którym jego kruczoczarne włosy i niesamowicie zielone oczy mogą zrobić furorę, ale głos "pożyczy" od Aarona. Międzynarodowa sława, wielkie pieniądze i hordy fanek – oto spodziewana przyszłość rodzeństwa. Lecz czy to oszustwo ma szansę bytu? Co jeśli ktoś odkryje sekret, a na wierzch wypłyną wszystkie przekręty Leo Serafina? Czy Aaron odzyska Dalilę, swoją dawną ukochaną?

Macie prawo pomyśleć, że „Play” jest kolejną powieścią młodzieżową, w której główne skrzypce gra młodociana miłość i nierealna droga do sławy. Jednak ta sztampowość zostaje przełamana. Autorem powieści jest 26-letni Hiszpan, który rzuca inne światło na fabułę. Zazwyczaj tego typu książki pisane są przez młode kobiety, które nie do końca wiedzą czego spodziewają się po swoim dziele, a bohaterki powieści są często surrealistyczne i niezdecydowane. Javier Ruescas potraktował ten z pozoru oklepany temat inaczej, a najważniejsze postaci –Aaron i Leo – nie zostały całkowicie zdominowane przez przesłodzone uczucia. Sama miłość została przedstawiona z punktu widzenia chłopaka, a nie, jak to zazwyczaj bywa, dziewczyny. Trzeba też zauważyć, że Ruescas nie opisał miłosnych uniesień w jeden, z góry nakazany sposób. Z jednej strony czuć na odległość miłość na wieki, lecz np. spoglądając na podboje Leo, ma się wrażenie, że to raczej jednorazowy wypad. Romantyczne wątki nie przesłaniają relacji braci i ich drogi do sławy. Niezmiernie się z tego powodu cieszę, gdyż męczą mnie już wszędobylskie romanse zawarte w literaturze dla nastolatków.

Każdy rozdział poprzedzony jest fragmentem piosenki. Autor wybrał playlistę do powieści, więc czytelnik ma szansę dowiedzieć się co nieco o jego guście muzycznym. Co ciekawe, co drugi rozdział został napisany z perspektywy innego brata. Raz Aaron wysuwa się na prowadzenie, a kiedy indziej to Leo daje świetny koncert. Pierwszoosobowa narracja pozwala odbiorcy przyjrzeć się z bliska rodzeństwu i poznać ich odmienne charaktery. Każdy z braci ma inne spojrzenie na otaczające ich osoby oraz na pewne sytuacje, które nierzadko prowadzą do katastrofy.

Leo i Aaron, choć mają sporo talentów, to jednak ich ścieżka sławy nie jest usłana różami. Javier Ruescas obok bandy rozentuzjazmowanych fanów ich muzyki i wyglądu dodaje jeszcze niecierpliwych producentów oraz ciężką pracę. Skutecznie zabił stereotyp, mówiący o tym, że sława nie wymaga poświęceń, a wystarczy tylko popijać drinki z palemką w ekskluzywnym apartamencie.

Autor świetnie spisał się w tworzeniu napięcia tak, aby czytelnik mógł przeżywać wszystkie wydarzenia „Play” wraz z bohaterami książki. Zżerała mnie trema, kiedy Leo i Aaron wprowadzali w życie swoje przekręty. Jak widać, nie tylko wielkie bitwy i gorące namiętności podnoszą adrenalinę.

Niestety wychwyciłam także wady w powieści Ruescasa. Niektóre romantyczne momenty były przesłodzone i nierealne. Miejscami brakowało tylko przeogromnego bukietu egzotycznych kwiatów, płatków czerwonych róż wpadających przez okno i błyszczących od łez oczu zakochanych. Przesadzono też z tak zwanym amerykańskim snem. Bracia nie mieszkali z rodziną w ziemiankach i nie żywili się samym chlebem i wodą. Radzili sobie całkiem nieźle, a wręcz bardzo dobrze w dużym domu i pokaźnymi pensjami rodziców. Nie chciało mi się wierzyć w ten zachwyt nad wspaniałościami Ameryki.

Spod pióra Ruescasa wyszła naprawdę dobra powieść młodzieżowa, która po części przełamuje stereotypy typowej książki dla nastolatków. Nie dziwię się, że „Play” w Hiszpanii został okrzyknięty bestsellerem. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom trylogii oraz na dalsze przygody Aarona i Leo. Na YouTube możecie znaleźć piosenki zespołu Play Serafin, które przypadły mi do gustu i teraz pałętają się na mojej playliście gdzieś pomiędzy Rammsteinem a Depeche Mode.

Za możliwość przeczytania "Play" dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

20.02.2014

#32 Recenzja: Badacz potworów



Tytuł: Badacz Potworów
Autor: Rick Yancey
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 10/10

„Cicho, bo przyjdzie licho!”. Ileż to razy słyszeliśmy to zdanie z ust rodzica, kiedy byliśmy niegrzeczni i nieposłuszni. Dziecięcy rozum podpowiadał nam, że potwory to tylko wymysł i bujda, gdyż jeszcze nikt nas nie porwał, ani nie pożarł. Jednakże w głębi serca tliła się iskierka niepewności i szeptała nam, że może te straszliwe monstra czają się pod naszym łóżkiem. Czy potwory istnieją? – to pytanie od wieków zaprząta myśli ludzi wszelkiej maści, a Rick Yancey poddaje w wątpliwość to z pozoru retoryczne pytanie.

Los ciężko doświadczył dwunastoletniego Williama Jamesa Henry’ego. Pożar strawił cały jego dom, lecz nie to okazało się najgorsze. Płomienie zabrały ze sobą jego jedyną rodzinę w postaci rodziców. Od tej pory jest pod opieką monstrumologa, badacza polującego i tropiącego rozmaite kreatury, u którego pracował jego ojciec. Pellinore Warthrope, bo o nim mowa, nie szczędzi swojego asystenta. Nie jeden raz Will uczestniczył w nocnych wyprawach na cmentarz, spotkaniach z grabarzami lub przy krwawych operacjach na poczwarach. Pewnej nocy do drzwi monstrumologa zawitał kolejny klient. To miała być kolejna nieco brudna robota, lecz tym razem Pellinore i Will mieli stawić czoła czemuś, co nie mieściło się nawet w najtęższej głowie. Monstrum, zwane antropofagiem, sieje spustoszenie w miasteczku, a także odkrywa makabryczne tajemnice ludzi, którzy w pewnym sensie też należą do potworów. Monstrumolog i jego asystent muszą zmierzyć się z maszkarami, lękami i własną przeszłością. Czy uda im się pokonać strach i powstrzymać krwiożercze antropofagi?

Już sama okładka mówi czytelnikowi, że słodkości i barwnych przygód nie uświadczymy w powieści Ricka Yancey’a. Wyschnięte konary drzew, stary cmentarz i wielki kruk na tle jasnego księżyca. Nie ma wątpliwości, ze „Badacz potworów” jest książką dla ludzi o mocnych nerwach. Potwierdza to także  to, iż nawet wydawca wskazuje, że lektura jest przeznaczona dla osób powyżej czternastego roku życia.

Oprawa graficzna jest mocną stroną tej pozycji. Wspominałam już, że okładka jest niczego sobie, lecz wnętrze powieści to swoiste arcydzieło. Na kartkach możemy znaleźć ilustracje stylizowane na grafiki sprzed stu lat. Tak jak pacjent na stole operacyjnymi, tak i „Badacz Potworów” nie zieje pustką w środku.

Widać, że pisarz nie podszedł do serii „Monstrumolog” z niewielką wiedzą. Samo umiejscowienie akcji i bohaterów w czasie, jest przemyślane. XIX wiek to nie byle jakie stulecie w historii medycyny. Jeszcze na jego początku uważano chirurgów za szarlatanów i wysłanników piekieł, gdyż tylko niewielki procent pacjentów przeżywało operacje. Dziedzina badań Pellinore’a Warthrope’a niezaprzeczalnie wiąże się z medycyną, lecz w nieco inny sposób. Czytelnik, który zna choć zarys historii lekarskiego fachu, znajdzie w „Badaczu potworów” kilka perełek.

Cóż mogę powiedzieć o bohaterach powieści? Są to postacie, które bardzo polubiłam, lecz niemożliwością by było zamieszkanie z nimi. Doktor Pellinore jest do zniesienia niestety tylko na papierze. Cieszy mnie to, że Will nie zachowuje się jak płaczliwy dzieciak, choć zdarzają mu się chwile słabości. Drugoplanowi bohaterowie w żadnej mierze nie odstają od Williama i Warthrope’a. Są równie ciekawi, a miejscami bardziej dopracowani od głównych postaci. Pokochałam nawet największego drania książki.

Co ciekawe, biorąc do rąk „Badacza potworów”, wiedziałam, że trafiła do mnie powieść z wątkiem fantastycznym. Natomiast kończąc książkę, nie byłam już tego taka pewna. Antropofagii i inne nienaturalne elementy zostały tak dobrze wkomponowane w całość, że nie czuło się tego irracjonalnego świata. Nigdy jeszcze nie czytałam powieści fantasy, w której to wszystko łączyło się w jedną, realną sytuację. Myślę, że to zasługa nie tylko autora, ale też genialnego tłumacza, Stanisława Kroszczyńskiego, który nie raz urzekł mnie swoim słowem. Język powieści nie jest trudny, a precyzyjny i dokładny. Świetne dialogi między bohaterami dodają smaczku i czarnego humoru.

Po lekturze „Badacza Potworów” zapewne nadal będziecie głosić jak mantrę, że monstra nie istnieją. Lecz być może zawahacie się przez chwilę, nim to powiecie. Odważycie się zejść do lochów lub spojrzeć w nocy pod ramę łóżka? Kończąc o drugiej w nocy ostatnią stronę książki Ricka Yancey’a, nie wysunęłam stóp spod kołdry, bojąc się, że szponiaste łapy chwycą mnie za kostki.

Czy potwory istnieją?
Ależ tak dziecino. Potwory istnieją, a jakże. Ot, choćby w mojej piwnicy właśnie jeden taki wisi sobie na haku.

Za możliwość przeczytania książki "Badacz potworów" serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Copyright © 2016 Recenzje Nadine , Blogger