8.02.2014

Coś ciekawego - Zapowiedź

Coś ciekawego - Zapowiedź


"Historia Hanki – młodej dziewczyny, która dopiero co ukończyła studia i przeprowadziła się do odziedziczonego po ciotce mieszkania w Warszawie. Na nieszczęście, mieszkanie owo znajduje się w sąsiedztwie agencji towarzyskiej „Syrenka”, co jest dla Hanki przyczyną niejednego kłopotu. Właściciel agencji, Alek, próbuje wykurzyć Hankę z mieszkania, aby dzięki temu powiększyć swój lokal. Dziewczynę ratuje przyjaźń z Rychem, ochroniarzem z „Syrenki”. Hanka w poszukiwaniu pracy rozsyła swoje CV po licznych korporacjach. Zostaje zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną do agencji reklamowej. Szczęśliwa dziewczyna pędzi na spotkanie, na którym okazuje się, że przez nieuwagę aplikowała na stanowisko sprzątaczki. Sytuacja finansowa zmusza ją do przyjęcia oferty. Praca przez dwie godziny z samego rana pozwala jej jednocześnie zajmować się wytwarzaniem biżuterii artystycznej, którą później sprzedaje handlarkom na targu. Nowy pracodawca Hanki z wyglądu bardzo przypomina znanego aktora. Okazuje się, że dorabia on sobie, bywając na różnego typu spotkaniach towarzyskich, podczas których podszywa się pod aktora. Proponuje Hance, aby towarzyszyła mu weekendami podczas tych spotkań, ponieważ nie wypada, aby „celebryta” pojawiał się samotnie. Wyjazdy te zapewniają Hance dodatkowe pieniądze, jednak..."

Będę miała okazję przed premierą przeczytać książkę Michaliny Kłosińskiej-Moedy pt.  "Kota lubi szanuje". Premiera zaplanowana jest na 18 lutego 2014 roku. Za niecałe 10 dni przekonacie się, dlaczego akurat koty grają tutaj pierwsze skrzypce.
Za możliwość przeczytania „Kota lubi szanuje” dziękuję wydawnictwu Replika.

Opis zaczerpnięty z portalu Lubimy Czytać

#29 Recenzja: Wyspy Legerdy. Tom I. Żelazny Łuk



Tytuł: Wyspy Legerdy. Tom I. Żelazny Łuk

Autor: Kamil Kasprzak
Wydawnictwo: Poligraf
Ocena: 7/10

Historia zaczyna się niewinnie, w domu ciotki Kate Woderforst. W tym miejscu przebywa rodzeństwo Reivonsów – Agran i Aulina – oraz ich liczne kuzynostwo. Jednak spokojny odpoczynek zostaje zakłócony przez napaść wściekłych wilkołaków. Okazuje się, że Kate Woderforst przepadła jak kamień w wodę, a całe kuzynostwo budzi się w obcym świecie – Legerdzie. Błąkających się po lesie wędrowców, spotyka król krainy zwanej Titor, który pragnie, aby odnaleźli legendarny i zapomniany Żelazny Łuk. Podania głoszą, że jest to artefakt, dzięki któremu można przenieść się na ziemie poza Legerdą. Czeka na nich wiele niebezpieczeństw i pułapek, ale też sprzymierzeńców, którzy przybędą im z pomocą. Nikt nie łudzi się, że będzie to łatwa misja. A jednak wierzą w to, że gdzieś na tajemniczej Wyspie Diabelskiej spotkają ostatniego właściciela Żelaznego Łuku.

Książka „Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk” nie grzeszy objętością, lecz nie oznacza to, że jest niekompletna czy wybrakowana. Zacznę od wykreowanego przez autora świata. Widać, że Kamil Kasprzak czerpał z różnych wierzeń i kultowych powieści fantastycznych. Nie mam mu tego za złe, gdyż, choć niektóre rzeczy są mi znajome, to jednak całość jest jego wytworem. Opisy nie były zbyt długie, ani też za krótkie, więc bez problemu mogłam wyobrazić sobie poszczególne miejsca. Wyspy i krainy, przez które podążają Wędrowcy, z jednej strony baśniowe, lecz czasami czytelnik natknie się na mroczne momenty. Słodkości tutaj nie uświadczymy, lecz dla horroru także nie ma w „Żelaznym Łuku” miejsca. Według mnie to właśnie świat i wyobraźnia autora są najmocniejszymi stronami powieści.

Bohaterów jest wielu, nawet jeśliby popatrzeć tylko na głównych. Samo kuzynostwo liczy sobie kilka osób. Przez całą książkę przewija się mnóstwo postaci drugoplanowych, które są bardzo barwne i ciekawe. Niestety nie zżyłam się z żadnym bohaterem powieści, gdyż było ich za dużo. A szkoda, gdyż z chęcią przyjrzałabym się chociażby rodzeństwu Reivonsów, które moim zdaniem nie było należycie przedstawione.

Akcja nabiera tempa już od samego początku. Na Obrońców czeka mnóstwo niebezpieczeństw, a autor nie oszczędzał bohaterów „Żelaznego Łuku”. W każdym rozdziale coś się dzieje, a historia nie jest monotonna i jałowa. Znajdziemy też momenty względnego spokoju, kiedy to możemy przypatrzeć się bohaterom, lecz jest ich stosunkowo mało. Ta książka została zdominowana przez wartką akcję, co działa na jej korzyść.

Język i styl bardzo mi odpowiada – nie jest trudny ani zawiły. Niektórzy bohaterowie wyrażają się wręcz baśniowo. Jeśli weźmiemy do ręki jakąkolwiek starą baśń, to od razu możemy zauważyć, że to nie jest typowa, współczesna proza. Niektóre słowa są przestawione lub zamienione na bardziej uroczyste wyrazy. Wyobraźnia autora znowu daje się we znaki za sprawą różnych pieśni czy wierszy, a wiele ich naliczyłam. Powieści Kasprzaka nadaje to osobliwego uroku. Niestety są też i zgrzyty, np. w nadmiernym używaniu nawiasów. Z powodzeniem mogłyby one być zastąpione przez przecinki albo też można by było też stworzyć kolejne zdanie.

Po raz kolejny przekonałam się, że polscy autorzy nie są gorsi od zagranicznych pisarzy. Dodam, że jest to debiut Kamila Kasprzaka, lecz bardzo udany. Połączenie tradycyjnego fantasy, horroru, baśni oraz kryminału zdało egzamin na piątkę z plusem. Książka kończy się w kulminacyjnym momencie, więc z niecierpliwością czekam na kolejny tom „Wysp Legerdy”.

Za możliwość przeczytania „Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk” dziękuję autorowi.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

4.02.2014

#28 Recenzja: Gwiazd naszych wina


Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green

Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 10/10

Nastoletnia Hazel od lat zmaga się z nowotworem, który może powrócić każdego dnia. Dziewczyna najlepiej czuje się w domu z książką w ręku lub przed telewizorem oglądając kolejne odcinki „America’s Next Top Model”. Nie ufa ludziom, a jednak jej rodzice namawiają ją do uczęszczania na zajęcia grupy wsparcia. Nie dość, że nie toleruje narzekających, dwunożnych istot, to jeszcze musi nosić butlę tlenową pokaźnych rozmiarów. Podczas jednego ze spotkań Hazel natrafia na Augustusa, który wydaje się być nią bardzo zainteresowany. To nowość dla dziewczyny z rakiem tarczycy, której jedynymi przyjaciółmi od wielu lat były przeróżne tabletki. Tak zaczyna się historia dwójki młodych ludzi, którzy z każdym dniem poznają siebie i otaczający ich świat.

Do książki podchodziłam dość sceptycznie. Rzadko kiedy sięgam po powieści obyczajowe, a szczególnie z wątkiem miłosnym. Zdecydowanie wolę mityczne stwory i fantastyczne istoty. Nie byłam przekonana do „Gwiazd naszych wina” także dlatego że już wtedy John Green był znany i wychwalany pod niebiosa. Gdzieś musi być haczyk… I jeszcze te wszystkie teksty, które zazwyczaj mnie odstraszają: NAJLEPSZA KSIĄŻKA ROKU, GENIALNA POWIEŚĆ itp. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak z tą pozycją. A jednak sięgnęłam po nią, gdy tylko biblioteka zaopatrzyła się w egzemplarz. Do dzisiaj cieszę się, że udało mi się dorwać „GNW”, gdyż prawdopodobnie nigdy bym nie poznała Johna Greena.

„Gwiazd naszych wina” nie jest powieścią fantastyczną i nie chodzi mi tylko o brak latających smoków i ostrouchych elfów. Często w powieściach mamy przekoloryzowane postacie, które wydają się, jakby zostały wyjęte wprost z bajki. Nieskazitelna i nieprawdopodobnie piękna księżniczka oraz honorowy i przystojny książę. Jeżeli czytelnik oczekuje perfekcyjności w zachowaniu, wyglądzie czy osobowości bohaterów, to na pewno się zawiedzie. Mam jednak nadzieję, że żaden z nas nie pragnie w powieści wyidealizowanego świata, a ludzi z krwi i kości, którzy popełniają błędy i nie radzą sobie z niektórymi sprawami. Ten brak perfekcyjności jest pogłębiony poprzez choroby, które dotykają główne postacie. Wszystko to sprawia, że czytając książkę, czułam, jakby Hazel, Agustus, Isaac i inni byli moimi kumplami, z którymi zaliczałam wzloty i upadki.

Co do samej choroby, to jestem niezmiernie wdzięczna Greenowi za to, że nie zdominowała ona powieści. To ważny element, ale autor zdrowo podszedł do niej. Bohaterowie nie leżą bezczynnie i nie czekają na śmierć. Starają się żyć normalnie jak na swój wiek. Same postacie podchodzą do swoich dolegliwości dość ironiczne, co możemy zauważyć chociażby w wypowiedziach Augustusa, który co rusz „dogryza” swoim dolegliwościom.

Zakochałam się w stylu pisana Johna Greena. Tłumaczowi także należą się wielkie brawa, gdyż potrafił przełożyć na nasz język te śmieszne, a także smutne momenty. Potrafiłam wczuć się w sytuację bohaterów. Język nie jest trudny. „Gwiazd naszych wina” to książka dla młodzieży, więc pisarz musiał dostosować się do tej grupy odbiorców. Nie jest to język dziecinny, ani też wyszukany – taki w sam raz. Nie oznacza to jednak, że dorośli będą uważać książkę za infantylną. Stosunkowo prosty język nie jest wadą, a wręcz zaletą, gdyż można skupić się na fabule, a nie na naukowych wyrażeniach .

Pierwsze strony „Gwiazd naszych wina” nie były dla mnie zaskoczeniem. Fabuła kroczyła takim torem, jakim się spodziewałam, ale od połowy nie zgadzała się z moimi zamierzeniami. Miejscami chciałam coś dopisać, coś zmienić, byleby tylko nie doprowadzić do nieuchronnego końca. To jak wycieczka w egzotyczne kraje – przewodnik pokazuje ci piękne rośliny, a całość eksploduje gamą barw. W końcu jednak zauważasz śmiertelnie niebezpiecznego węża i wiesz, że twój los jest przesądzony.

John Green sprawił, że zalałam się łzami, a weekend został zdominowany przez wyzywanie autora i szukanie kolejnych jego książek. To jeden z tych autorów, których kocha się za to, co stworzyli, ale jednocześnie też nienawidzi. „Gwiazd naszych wina” przeczytałam już kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz napisałam jej recenzję. Dlaczego? Chciałam się przekonać, czy rzeczywiście ta książka jest najlepszą w dorobku Johna Greena. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gwiazd naszych wina” jest jego najlepszym dziełem, które chwyta za serce i nie pozwala spać po nocach.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

2.02.2014

Stosik lutowy

Stosik lutowy
Wybaczcie jakość zdjęcia, ale było ono robione ziemniakiem i to jeszcze nie pierwszej świeżości. Ale stosik jest i to całkiem pokaźny :)
Od góry:
  • "Czarny Anioł" - Graham Masterton - wymiana na LC. Na razie książka czeka w kolejce, ale moja rodzicielka się do niej dorwała. Po kilku stronach stwierdziła: "Pisze tak brutalnie, że on sam chyba jest psychopatą". Jednak czyta i strasznie się jej podoba. :)
  • "Elfy" - Bernhard Hennen - skutek buszowania w bibliotece. Elfy moją miłością, więc koniecznie muszę zapoznać się z tą książką.
  • "Mocarstwo" - Marcin Wolski - Polska jako potęga polityczna? Why not? :)
A teraz 4 cudeńka upolowane w Empiku podczas promocji 2 za 1 na "Ucztę Wyobraźni":
  • "Wurt" - Jeff Noon - zapowiada się na nieźle pokręconą i narkotyczną książkę. Już niemłoda powieść, która podobno nadal jest aktualna i niebezpieczna.
  • "Ciemny Eden" - Chris Beckett - wybierałam pół godziny, aż w końcu zdecydowałam się na tę książkę. Obym nie żałowała tego wyboru. :)
  • "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" oraz "Opowieści sieroty. W miastach monet i korzeni" - Catherynne M. Valente - kocham, wielbię i ubóstwiam twórczość Valente. Baśń nakrapiana bogatym językiem i mrocznymi opowieściami.
Kontynuujmy...:
  • "Wybór opowiadań" - Edgar Allan Poe - kolejna udana wymiana na LC. Czas zapoznać się z tekstami amerykańskiego mistrza.
  • "Play" - Javier Ruescas - egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Jaguar. Miłość z perspektywy faceta? To coś nowego :)
  • "Badacz potworów" - Rick Yancey - j.w. Coś na kształt "Kronik Wardstone", które uwielbiam, więc nie mogłam przegapić i tej książki.
Na koniec e-booki:
  • "Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk" - Kamil Kasprzak - prosto od autora. Już niedługo pojawi się recenzja :)
  • "Zamek Laghortów" - E.M Thorhall - także egzemplarz autorski. Powieść z gatunku fantasy, która zapowiada się całkiem nieźle.
I jak się Wam podoba? Czytaliście jakąś książkę z tego zestawienia?
Zuza B (Gumiguta)

1.02.2014

#27 Recenzja: Szukając Alaski



Tytuł: Szukając Alaski
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 7/10

Młody mieszkaniec Florydy, Miles Halter, zdaje sobie sprawę, że jest życiowym nieudacznikiem. Na co mu znośne stopnie w szkole i znajomość ostatnich słów sławnych ludzi, skoro nie ma przyjaciół ani dziewczyny. Tylko rodzice nadal wierzą, że jest on szkolną gwiazdą, na którą każdy spogląda z zazdrością. Podczas przyjęcia pożegnalnego, tuż przed wyjazdem do szkoły z internatem, okazuje się jednak, że Miles raczej nie zalicza się do celebrytów. Sam fakt, że nikt ze „szkolnych przyjaciół” nie zjawił się na imprezie, mówi sam za siebie. Chłopak siedząc z rodzicami na kanapie i pałaszując chipsy w dipie karczochowym, postanawia odnaleźć „Wielkie Być Może”. Właśnie dlatego wyjeżdża do szkoły w Alabamie, aby w niej odnaleźć sens życia. W poszukiwaniu „Wielkiego Być Może” pomagają mu: piękna Alaska, zdziczały Pułkownik i kilkoro innych kumpli. Czy Miles odnajdzie siebie, a także odkryje tajemnice nowych przyjaciół? A może to wszystko okaże się kłamstwem, a „Wielkie Być Może” nic nieznaczącą dewizą w życiu chłopaka…

„Szukając Alaski” to debiut Johna Greena i to widać. Miałam nieodparte wrażenie, że czytam niedopracowaną wersję „Papierowych miast”. Humor autora nie był tak uwydatniony, a powieść nie wzbudziła we mnie żadnych skrajnych emocji. Owszem, przeczytałam ją jednym tchem, ale nie jest to książka, która zmieniła moje życie.

Nie oznacza to, że „Szukając Alaski” jest złą pozycją do czytania. Przez ponad 300 stron Green trzymał poziom i podawał czytelnikowi coraz to nowsze przygody trójki przyjaciół. Refleksje bohaterów są dobrze wkomponowane w akcję. Nie ma więc wyścigu szczurów, a tuż po tym kilku stron rozmyślań głównych postaci. Zostało to ładnie rozłożone, przez co żaden rozdział nie posiadał swoistej luki.

Bohaterowie powieści są według mnie fantastyczni. Alaska może i jest czasami zbyt idealna, ale taki już jej urok. Rzadko zdarza się, aby postać kobieca nie denerwowała mnie swoim zachowaniem. Alasce udało się przełamać złą passę. Nie tylko ona zasługuje na uwagę. Miles, mimo że początkowo wydaje się tchórzliwym i bezpłciowym nastolatkiem, ma wiele do powiedzenia. Tak samo z Pułkownikiem, w którym po prostu się zakochałam. Ujął mnie swoim stylem bycia, choć nie był księciem z bajki. Nie myślałam, że wszyscy oni zarobią na specjalne miejsce w moim książkowym sercu.

Chyba wiele osób ze mną się zgodzi, iż fabuła jest prosta i niezbyt wyszukana. Jednak John Green znowu mnie oczarował i sprawił, że sztampowość przerodziła się w coś oryginalnego. Chwała mu za to, gdyż z doświadczenia wiem, że wiele pomysłów, które już się kiedyś pojawiły, będą powtórzone bez żadnej nutki świeżości. W „Szukając Alaski” jest coś odkrywczego, coś, co buduje napięcie i nie pozwala oderwać się od książki. Nie tylko z pozoru powielona już fabuła, ale też język i delikatny humor postaci były tymi elementami, które czytelnik na pewno doceni.

Żałuję jednej rzeczy, a mianowicie tego, że autor chyba nieco zagubił się pisząc „Szukając Alaski”. Czasami miałam wrażenie, że niektóre akcje czy rozwiązania nie wnosiły do książki nic, co by miało związek z fabułą. Z drugiej strony miało to swój urok, gdyż przez to powieść nie posiadała czysto refleksyjnego aspektu.

Fani Johna Greena nie będą zawiedzeni, ale myślę, że czytelnicy, którzy pierwszy raz sięgną po literaturę tegoż autora, mogą oczekiwać nieco więcej po światowej sławy pisarzu. Jednakże trzeba mu wybaczyć nieliczne potknięcia. Jak na debiutanta, John Green spisał się znakomicie i młodzi ludzie, którzy szukają czegoś więcej w książkach niż tylko rąbanki i walki ze złem, pokochają Milesa, Pułkownika oraz Alaskę.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta) 

28.01.2014

#26 Recenzja: Papierowe Miasta


Tytuł: Papierowe Miasta
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 9/10

Jestem pewna, że wielu z was słyszało o znakomitym, amerykańskim pisarzu, Johnie Greenie. Zapewnie za sprawą jego najsławniejszej powieści pt. „Gwiazd naszych wina”. Jednakże dzisiaj chciałabym was uroczyć jego inną, równie dobrą książką – „Papierowe Miasta”.

Ale na początek parę słów o autorze dzieła, gdyż należy mu się nieco uwagi. Oprócz tego, że John Green jest sławnym na całym świecie pisarzem YA, to jeszcze zawojował na stronie tumblr.com oraz youtube.com. Na jego tumblrze można śledzić postępy nad filmem „Gwiazd naszych wina”, a poprzez YouTube Green oraz jego brat, Hank, dzielą się z internautami swoimi przemyśleniami, które w większości przypadków nie powinny być brane na poważnie. :)

„Papierowe Miasta” to książka, która nie przekracza progu magicznego świata smoków, jednorożców i czarnoksiężników. W powieści czytelnik przenosi się do zwykłego, niczym niewyróżniającego się miasteczka, w którym mieszka nastoletni Quentin, zwany Q. Chłopak od dzieciństwa zakochany jest w pięknej, a zarazem tajemniczej sąsiadce, Margo. O dziewczynie wiadomo tylko tyle, że lubi pakować się w kłopoty i znikać na kilka dni bez śladu. Pewnej nocy zakamuflowana Margo składa niespodziewaną wizytę Q i wkręca go w nocną przygodę. Po wszystkim… przepada jak kamień w wodzie. Jej nieobecność przedłuża się, a Quentin wie, że wydarzyło się coś złego. Wkrótce odkrywa, że nastolatka pozostawiła wskazówki, jak ją odnaleźć. Teraz Q podąża jej śladem i z dnia na dzień odkrywa ciemne zakamarki osobowości Margo…

„Papierowe Miasta” tęsknie wpatrywały się we mnie, kiedy przechodziłam między półkami księgarń, więc w końcu zlitowałam się i kupiłam moją pierwszą książkę Johna Greena. Nie byłam do końca przekonana do tej powieści, gdyż podejrzane wydawało mi się to, że recenzje i opinie były tak pozytywne. Wielu internautów oceniało ją bardzo wysoko.

Celowo sięgnęłam po „Papierowe Miasta” w pierwszej kolejności, gdyż przerosło mnie wielkie BUM! po „Gwiazd naszych wina”. O przygodzie Q i Margo nie było tak głośno, więc zapragnęłam poznać postaci tejże powieści oraz ich historię. Zakup był strzałem w ciemno, gdyż nie czytam Young Adult i nigdy nie zachwycały mnie książki tego rodzaju. Ot, zwykła obyczajówka, która prawie na pewno okaże się sztampową historyjką z mało oryginalnymi bohaterami. A jednak ta „zwykła obyczajówka” okazała się powieścią, której prostą i sztuczną nazwać nie można.

„Papierowe Miasta” zostały podzielone na trzy części. Już od początku czytelnik wkręca się w nocną wyprawę Margo i Q, więc ani na chwilę nie siedzi bezczynnie. Co jakiś czas akcja nieco przyhamowuje, ale tylko po to, aby za kilka stron ruszyć z kopyta jeszcze szybciej i mocniej, niż poprzednim razem. Miała być szablonowa fabuła, a dostałam genialną intrygę.

John Green potrafi idealnie wpasować się w gust młodego czytelnika. Chodzi przede wszystkim o język, jakim autor się posługuje. Już nie dziecinny, ale też nie dorosły. To książka o nastolatkach, a więc i sposób pisania, i dialogi między bohaterami nie mogły być sztuczne. Widać, że to nie jest praca doktorska, w której stosuje się specjalistyczne terminy i wyrażenia. Autor nie przekroczył też granicy dobrego smaku i nie używa przekleństw, choć typowy slang przeciętnych uczniów tutaj występuje. Do tego Green operuje niezwykłym humorem, który od początku przypadł mi do gustu. Najbardziej podobały mi się rozmowy Quentina i jego najlepszych przyjaciół – Bena oraz Radara. Przy „Papierowych Miastach” śmiałam się do łez, a zakwasy na brzuchu dawały się we znaki następnego dnia.

„Papierowe Miasta” przeczytałam w kilka godzin za sprawą znakomitych bohaterów, którzy zachowują się tak, jak każdy z nas i nie są pozbawieni wad. John Green dodał jeszcze do tego magicznego kociołka nietuzinkową fabułę i porywającą akcję. Wszystko to zamieszał i stworzył powieść, która bawi, a jednocześnie chwyta za serce. Nie bez przyczyny książki amerykańskiego pisarza już są uznawane ze klasyki literatury młodzieżowej.  Jednakże „Papierowe Miasta” nie są przeznaczone tylko dla nastolatków. To historia, która porwie każdego człowieka, a kilka godzin spędzonych nad lekturą, nie pójdą na marne.

A wszystkich zainteresowanych zapraszam na tumblr Johna Greena:
http://fishingboatproceeds.tumblr.com/

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

26.01.2014

#25 Recenzja : Was było milion diabłów i aniołów

#25 Recenzja : Was było milion diabłów i aniołów



Tytuł: Was było milion diabłów i aniołów
Autor: J.M Stefaniuk
Wydawnictwo: Novae res
Ocena: 10/10

Książka rozpoczyna się w momencie, gdy starszna kobieta zjawia się w szkole i zaczyna opowiadać swoją historię, a także pewnego porucznika, których losy  w pewien sposób się splotły.

Jest rok 1919, a Polska odradza się na nowo. Wszyscy próbują podnieść się z klęczek, lecz nadal możemy spodziewać się niebezpieczeństwa z każdej strony. Ludzi wypełnia strach przed tym, iż Polska ponownie może dostać się w ręce nieprzyjaciół i stracą kolejny raz niepodległość.
Książka opisuje losy młodego porucznika Władysława K, który w czasie wojny traci swoją jedyna miłość – Elżbietę Drożyńską. To wydarzenie powoduje, że mężczyzna dezerteruje z wojska i próbuje na własną rękę dokonać zemsty na zbrodniarzach. Rozpoczyna walkę o odzyskanie człowieczeństwa i honoru.

Książka prezentuje liczne postacie – jedne ciekawe, drugie mniej, ale wszystkie są zróżnicowane. Są szpiedzy, weterani i inni, a każdy bohater na swój sposób mnie zainteresował. Choć czasy były ciężkie, to jednak Stefaniuk sprawił, że postacie kontrastowały z historią – byli bardzo barwni, ale też nie przekoloryzowani.

W książce możemy znaleźć fragment listów czy kartek z pamiętnika. „Was było milion diabłów i aniołów” jest powieścią, ale wplecenie elementów epistolarnych, sprawiło, że mogłam się wczuć w sytuację bohaterów. Całość nabrała bardziej osobistego charakteru.

Książkę wbrew pozorom czyta się bardzo przyjemnie. Kolejny raz polski pisarz zaskoczył mnie swoim pomysłem na powieść, a także wykonaniem. Wywołał u mnie dużo skrajnych emocji, gdyż zgrabnie połączył wszystkie elementy układanki. To kolejny przykład tego, że polscy autorzy nie są gorsi od zagranicznych. Niektórzy mogą pobić tych zza naszej ojczyzny. Stefaniuk jest dowodem na to, że można oczarować czytelnika polskim słowem.

Za możliwość przeczytania Dziękuję novae res
Copyright © 2016 Recenzje Nadine , Blogger