23.06.2014

#49 Recenzja: Drużyna. Niewolnicy z Socorro

Tytuł: Niewolnicy z Socorro
Autor: John Flanagan
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 8/10

Przyznam, że obawiałam się kontynuacji „Drużyny”, gdyż autor planował zakończyć serię na 3 części. Jednakże John Flanagan wyznał, że nie zamiesza rozstawać się ze swoimi skandyjskimi bohaterami i pragnie napisać kolejne tomy. Być może wiele osób skakałoby z radości na wieść o dalszych przygodach Hala i jego przyjaciół, ale ja się nie zaliczam do tego radosnego grona. W 3 tomie pt. „Pościg” wszystkie wątki zostały domknięte na ostatni guzik i więcej do szczęścia nie było mi potrzeba, a tym bardziej kolejnego książkowego tasiemca. Niemniej, kiedy pojawili się „Niewolnicy z Socorro”, kupiłam i tę część, lecz głównie z sentymentu do Johna Flanagana. Pojawia się jednak pytanie, czy australijski pisarz nie spoczął na laurach i czy kolejna powieść nie jest tylko dodatkowym tworem dla nabicia kieszeni pieniędzmi.

Drużyna Czapli, po zakończonej przygodzie z Zavaciem, już nie podróżuje po niebezpiecznych morzach i oceanach. W tej chwili stacjonują u wybrzeży Skandii, pilnując porządku na wodach i chroniąc statki handlowe. Oberjarl Erak widząc, że Hal i jego przyjaciele nie są stworzeni do sterczenia w jednym miejscu, powierza im pewne zadanie. Czaple wyruszają do Araluenu, by na mocy dawnego kontraktu bronić tamtejszą ludność przed atakami nieprzyjaciół. Z pozoru łatwe zadanie wcale nie jest tak proste i przyjemne, jak mogłoby się wydawać. Pewnego dnia Czaple są świadkami napaści na aralueńską ludność. Okazuje się, że mieszkańcy Arydii prowadzą handel niewolnikami i w ten sposób pozyskują nowy „towar”. Nawet Gilan, jeden z członków Korpusu Zwiadowców, zostaje wciągnięty w pogoń za okrutnymi handlarzami. Tylko czy spryt Hala, zgranie Czapli, siła Thorna i zwiadowcze umiejętności Gilana są w stanie pokonać tak ogromną szajkę?

„Niewolnicy z Socorro” zaczynają się naprawdę niepozornie. Nie ma kolorowych fajerwerków, szaleńczych pościgów i efektownych wybuchów – jest nadzwyczaj spokojnie. Dopiero, kiedy nasi chłopcy docierają do Araluenu, zaczyna się coś dziać. John Flanagan stopniowo dawkuje czytelnikowi kolejne dawki wartkiej akcji tak, aby całość nie gnała na łeb, na szyję. Spodobało mi się to zagranie, gdyż nie lubię bezsensownych gonitw za wszystkim, a w gruncie rzeczy – za niczym. Książka trzyma w napięciu szczególnie wtedy, gdy Flanagan przerzuca swych bohaterów na właściwy grunt, czyli miasto, w którym prężnie rozwija się handel niewolnikami – Socorro. O tak, wtedy sporo się działo i nie było siły, abym się odkleiła od ostatnich stron „Niewolników z Socorro”. Może nie ma wielkich i krwawych wojen, ale za to są mniejsze bitwy i potyczki, które także powinny zadowolić fana „Drużyny”, a także „Zwiadowców”.

Jeszcze przed wydaniem 4 części „Drużyny” pojawiły się pogłoski, że spotkamy się ze starymi przyjaciółmi z serii „Zwiadowcy”. Oprócz takich postaci jak Erak czy Svengal, na kartach powieści zagościł także dobrze nam znany Gilan – drugoplanowa postać z poprzedniego cyklu Flanagana. Występują także inne osobistości poznane przez fanów „Zwiadowców”, choć niekoniecznie biorą udział w akcji. Czasami po prostu są wymieniani z imienia czy nazwiska, a przy niektórych czytelnik musi domyślić się, o kogo chodzi. Wspomniany już tutaj Gilan odgrywa nieco większą rolę niż w „Zwiadowcach”. Jednakże Flanagan nie stworzył z „Niewolników Socorro” 13 tomu sławnej serii. Bohater ten nie został przeniesiony na pierwszy plan, aby świecił niczym gwiazda i przysłaniał swym blaskiem całą drużynę Czapli. Nadal pierwsze skrzypce gra Hal i jego przyjaciele, a Gilan jest po prostu miłym akcentem w powieści dla tych, którzy wcześniej przeczytali „Zwiadowców” i polubili charyzmatycznego zwiadowcę.

Kreacja postaci także nieźle wypadła. Czaple już nie są przestraszonymi chłopaczkami, którzy nie wierzą w siebie i w swoje umiejętności. Wiedzą, co im wychodzi lepiej, a co gorzej i nie starają się mędrkować w sprawach, które nie są ich mocną stroną. Widać tę przemianę, za co jestem niezwykle wdzięczna Flanaganowi. Autor nie przeskoczył sobie ot tak na kolejny poziom, lecz pokazał ich trudną drogę na szczyt, a w 4 części „Drużyny” rezultaty tej przemiany. Nadal jednak są niedoświadczeni i, jak każdy, posiadają pewne wady. Tyle że teraz każdy członek załogi „Czapli” próbuje je przekuć na zalety. Australijski pisarz nie robi z tych postaci superbohaterów, którzy radzą sobie w sytuacji bez wyjścia. Tworzy po prostu zwykłych ludzi, którzy może i nie mają supermocy, ale za to starają wykrzesać z siebie tyle, ile się da.

W poprzednich częściach humor był strasznie naciągany. Flanagan na siłę chciał urozmaicić powieści, dodać nieco dowcipu, który ani śmieszny, ani szczególnie górnolotny nie był. W „Niewolnikach z Socorro” pisarz nieco przystopował z zabawnymi momentami i nie wtyka ich, gdzie popadnie. Może nie zwijałam się ze śmiechu, lecz też nie czytałam poszczególnych fragmentów z zażenowaniem. Przy niektórych frazach uśmiechałam się pod nosem, więc uważam, że humor aż taki tragiczny nie był, a wręcz całkiem niezły.

Jednakże nie w każdym aspekcie jest tak kolorowo i przyjemnie. Niewątpliwym minusem powieści jest przewidywalność fabuły. Z pozoru niewyjaśnione zdarzenia tak naprawdę można było bardzo łatwo skojarzyć z postaciami, występującymi w książce. Flanagan właściwie niczym mnie nie zaskoczył. Wertowałam kartki z nadzieją, że a nuż zdarzy się coś nieoczekiwanego, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Szkoda, gdyż gdyby ten element został dopracowany, to jeszcze bardziej cieszyłabym czytaniem tego dzieła.

„Niewolnicy z Socorro” są zadziwiająco dobrą lekturą dla dzieci i młodzieży. Trudno mi było się oderwać od przygód Hala i pozostałych Czapli, gdyż Flanagan nie tylko świetnie budował napięcie, ale też stworzył ciekawą i dość nietuzinkową fabułę. Na warsztat pisarski autora także nie mogę narzekać. Pozostaje mi tylko czekać na kolejną część serii, która, mam nadzieję, okaże się równie dobra, a może i lepsza od swojej poprzedniczki.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

20.06.2014

#48 Recenzja: Zabójczyni i władca piratów

#48 Recenzja: Zabójczyni i władca piratów

Tytuł: Zabójczyni i władca piratów
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ocena: 5/10

Tym razem spotykamy się z niezmordowaną Celaeną w króciutkiej nowelce pt. „Zabójczyni i władca piratów”. Cofamy się o kilkanaście miesięcy, aby poznać tajemniczą przeszłość dziewczyny i jej kompanów. Lecz czy ta swoista podróż w czasie udała się autorce i dała mi do zrozumienia, że nie powinnam jeszcze spisywać na straty jej literatury?

Groźnej i niebezpiecznej zabójczyni powierzono z pozoru nudne i zbyt łatwe zadanie. Celaena Sardothien musi dostać się na tropikalną wyspę, gdzie urzęduje Władca Piratów, i odebrać dług jej mistrza. Dla świetnie wyszkolonej dziewczyny to praktycznie bułka z masłem. Jednakże wszystko się komplikuje, kiedy okazuje się, że misja uwzględnia jeszcze drugą osobę – Sama, którego szczerze nienawidzi. Dodatkowo dług pirata nie został zaciągnięty w postaci złota czy klejnotów, a niewolników. Sardothien, choć jest bezwzględną zabójczynią, nie chce dopuścić do wykorzystywania niewinnych osób i pragnie za wszelką cenę nie dopuścić do tego występku.

Trzeba przyznać, że ta „książeczka” nie grzeszy objętością. Nie udało się nawet przekroczyć magicznej liczby stu stron. Nie można powiedzieć, aby to była wada powieści, ale też nie stwierdzam, iż to zaleta. Nie obraziłabym się, gdyby autorka nieco bardziej rozbudowała to dzieło. Niemniej „Zabójczynię i władcę piratów” czyta się zaskakująco dobrze. Akcja, choć wartka, nie goni na łeb, na szyję. Dzięki temu nie gnamy na złamanie karku, nie mając szans na zastanowienie się nad fabułą czy relacjami między bohaterami. Nie za dużo walk i pojedynków, ale też nie przesadzono z rozmyślaniami postaci, czyli w sam raz.

Niestety Celaeny nadal nie potrafię tolerować, a inni bohaterowie także nie są wybitni, jeśli chodzi o ich kreację. W „Szklanym tronie” odebrałam ją jako osobę, której wszystko się udaje i która zamienia przedmioty w złoto, ledwie je musnąwszy. W nowelce charakter dziewczyny się nie zmienił, a może wręcz pogorszył. Rozpuszczona zabójczyni ma wszystko na wyciągnięcie ręki, a do tego bez zastanowienia ratuje, kogo popadnie. Moralnie oczywiście wszystko gra, lecz dzięki temu, że Celaena (która sama postępuje wbrew prawu) zachowuje się tak, a nie inaczej, to ta książka nabiera moralizatorskiego charakteru. Tworzy się z niej opowiastka dla dzieci, która pokazuje, co można, a czego nie można robić. Żadnego głębszego sensu czy też drugiego dna. Rozczarowało mnie to, gdyż liczyłam, że pisarka choć trochę mnie zaskoczy. Przeliczyłam się.

Sarah J. Maas nie postarała się także o konkretne zakończenie. Wydaje się, że to właśnie ta część powieści powinna być najważniejsza i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Kończąc powieść, czułam niesamowity niedosyt, gdyż wiele moich niemych pytań pozostało bez odpowiedzi. Nie było to typowe trzymanie czytelnika w niepewności, lecz zwykłe niedociągnięcie. Podstawowe kwestie nie doczekały się rozwiązania, co było wręcz śmieszne.

„Zabójczyni i władca piratów” jest jedynie krótkim opowiadaniem, które niestety nie zaspokaja czytelnika. Mimo że nowelkę czyta się szybko i całkiem przyjemnie, to niedopracowanie i denerwujące postaci na tyle dawały się we znaki, że nie byłam w stanie w pełni się nią cieszyć. Dzieł Sarah J. Maas jeszcze nie spisuję na straty, ale niestety są na dobrej drodze odstawienia ich raz na zawsze.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

17.06.2014

#47 Recenzja: Holmes Sweet Home

#47 Recenzja: Holmes Sweet Home


Tytuł: Pusty dom Sherlocka

Autor: praca zbiorowa

Data wydania: 6 maja 2014
Wydawnictwo: REA-SJ

Sir Conan Arthur Doyle jest ikoną nie tylko brytyjskiej, ale też światowej literatury. Wykreowana przez niego postać ekscentrycznego detektywa Sherlocka Holmesa nie została zapomniana nawet po niemal 130 latach od pojawienia się na kartach „Studium w szkarłacie”. Teraz jednak wspomnienie o Sherlocku Holmesie może zostać w pewnym stopniu zatarte, gdyż dom sir Arthura Conana Doyle’a, zwany Undershaw, od kilku lat popada w ruinę.

Autor książek o sławnym detektywie mieszkał w Undershaw niedaleko wioski Grayshott w latach 1897–1907. Tam też napisał takie dzieła jak „Pies Baskerville’ów” i „Powrót Sherlocka Holmesa”. Dom, który został zaprojektowany przez samego Doyle’a, jest swoistym miejscem kultu dla wielbicieli postaci Sherlocka Holmesa. Był on świadkiem wskrzeszenia detektywa na kartach powieści. Brytyjski pisarz przyjmował na salony takie znakomitości literatury jak Bram Stoker i E. W. Hornung. Niezaprzeczalnie lata spędzone w Undershaw były dla Doyle’a owocne zarówno w sferze pisarskiej, jak i towarzyskiej. Po przeprowadzce sir Arthura Conana Doyle’a Undershaw zostało przekształcone w hotel. Jednakże w 2004 roku dom sprzedano, a nowy deweloper pragnie na nowo rozplanować zabytek i wybudować wokół niego kilka innych budowli.

Mimo wszystko istnieje szansa dla Undershaw. Organizacja „The Undershaw Preservation Trust” chce przywrócić dawną świetność domowi sir Arthura Conana Doyle’a i zapobiec planom przebudowy. Fundacja ta wpadła na pomysł zorganizowania akcji „Ocalić Undershaw”. Jej patronem i sponsorem jest sam Mark Gatiss, aktor, scenarzysta i współtwórca serialu BBC „Sherlock”. Także właściciele strony internetowej Sherlockology, poświęconej serialowi BBC „Sherlock”, czynnie działają w sprawie ocalenia domu Doyle’a. W tej chwili niemal każdy z nas ma szansę dorzucić swoje kilka groszy, aby ocalić od zapomnienia i zrujnowania zabytkowy Undershaw.

„Pusty dom Sherlocka” jest zbiorem opowiadań i wierszy, które zostały napisane w ramach wsparcia organizacji „The Undershaw Preservation Trust”. Teksty pochodzą z najróżniejszych zakątków świata. Znajdziemy historie prosto z Ameryki i Wielkiej Brytanii, ale też z Rosji czy Belgii. „Pusty dom Sherlocka” został wydany w wielu krajach, m.in. Chinach, Włoszech, Rosji, a teraz także w Polsce. Choć początkowo „Pusty dom Sherlocka” nie miał szansy bytu w naszym kraju, to wydawnictwo REA-SJ zdecydowało się wydać to nietuzinkowe dzieło. Książka została przetłumaczona charytatywnie przez Karolinę Kogut i Katarzynę Jabłońską, a dochody ze sprzedaży zostaną przeznaczone na uratowanie domu sir Arthura Conan Doyle’a.

Za jedyne 19,90 zł jesteśmy w stanie wspomóc akcję „Ocalić Undershaw”. „Pusty dom Sherlocka” będzie dostępny w Empiku i Matrasie od 6 maja 2014 roku. Nie są to wielkie pieniądze, a jednak mogą przyczynić się do zachowania i odnowienia domu sir Arthura Conana Doyle’a. Undershaw jest nie tylko zabytkiem, ale też miejscem, które na zawsze pozostanie w sercu fanów twórczości Doyle’a.

Artykuł napisany na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Artykuł napisany przez: Zuza B (Gumiguta)

16.06.2014

#46 Recenzja: Mariska z węgierskiej puszty

#46 Recenzja: Mariska z węgierskiej puszty


Tytuł: Mariska z węgierskiej puszty
Autor: Consilia Maria
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Ocena: 9 /10

Akcja rozgrywa się na terenie Węgier w roku 1910.  Zwykła, wiejska dziewczyna, Mariska,  zakochuje pasterzu o imieniu Jaros. Historia splata się również z przygodami grajka, który darzy uczuciem córkę hrabiego. Czyja miłość przetrwa? Jak rozegra się ten dramat poprzetykany buntami i wojną?
Wystarczy zamknąć oczy, a usłyszymy węgierskich grajków, ujrzymy rozległe, węgierskie stepy.

Od samego początku widać różnicę między tym dwoma parami , i od początku idzie pokochać obuwie pary i poznać ich styl bycia jak również życia i co dla nich jest najważniejsze.

Autorka mam dość ciężki język i czasami ciężko brnęłam przez kolejne strony. Wprawdzie da się ją zrozumieć, lecz nie ukrywam, że niekiedy męczyłam się, czytając. Pomimo tych trudności, to jednak wciągała mnie coraz bardziej oraz zachęcała do dalszego poznania historii obu par.

Książka nie jest zbyt ckliwa, ale na pewno poruszy serce czytelnika. Fabuła, a także opisy węgierskich krain są fascynujące. Cieszę się, że dowiedziałam się o życiu Węgrów w tamtych czasach, a także o ich wzajemnych relacjach. Podczas czytania można było wcielić się zarówno w skórę prostego pasterza jak i bogatego hrabiego.

5.05.2014

#45 Recenzja: Brudne ulice nieba

#45 Recenzja: Brudne ulice nieba

Tytuł: Brudne ulice nieba
Autor: Tad Williams
Wydawnictwo: Rebis
Ocena: 7/10

Patrząc na niebo, widzimy nieskończony błękit pobrużdżony białymi obłokami. Podobno gdzieś tam jest Niebo, do którego trafiają dusze dobrych ludzi. W wyobrażeniach wielu osób tenże Raj to nieskazitelne i niewyobrażalnie piękne miejsce, w którym każdy jest szczęśliwy. Lecz jest to tylko wizja. A co, jeśli Niebo nie jest tak cudowne? Może anioły mieszkają w miastach, które są łudząco podobne do ludzkich siedzib? Tad Williams podaje czytelnikowi na srebrnej tacy realny obraz fantastycznej społeczności, który niekoniecznie jest czysty i czarujący.

Bobby Dolar z zawodu jest adwokatem, lecz nie takim, jakim go sobie wyobrażamy. Można go nazwać adwokatem Boga, gdyż jego zadaniem jest obrona dusz zmarłych ludzi i odesłanie ich do Najwyższego. Choć wygląda jak człowiek, to jednak jest to tylko przykrywka, gdyż pod ludzką skórą czai się najprawdziwszy anioł. Podczas jednej ze spraw Bobby orientuje się, że coś tu mocno nie pasuje. Okazuje się, że dusza ofiary zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Takie zaniedbanie jest niedopuszczalne i nawet najważniejsze władze anielskiego oraz diabolicznego świata boją się nie tylko o swoje stanowiska, ale i o własne jestestwo. Bobby Dolar może liczyć tylko na swoich przyjaciół, natomiast Niebo i Piekło toczą niemałą wojnę o przeciętnego adwokata.

Od „Brudnych ulic nieba” rozpoczęłam swoją przygodę ze światowej sławy pisarzem, Tadem Williamsem. Mogę uznać tę swoistą wyprawę za udaną, choć nie rewelacyjną. Zadowolona jestem przede wszystkim z warsztatu pisarskiego autora. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest debiutantem i potrafi zainteresować czytelnika słowem. Pisze zrozumiale i używa języka potocznego, a przy tym wszystko jest dopracowane. Przeróżne metafory, porównania i ogólnie bogate słownictwo sprawiają, że odbiorca nie nudzi się i chce poznać dalsze losy bohaterów.

Kolejnym plusem tejże powieści jest humor. Zabawne dialogi czy opisy danej sytuacji lub postaci są odpowiednio wplecione w tekst i w żaden sposób nie przeszkadza to w czytaniu, więcej, wręcz pomaga. Nieraz śmiałam się do rozpuku, czytając kolejne monologi Bobby’ego. Jednakże Williams nie przekracza granicy dobrego smaku i nie używa wulgarnych określeń. Zapewniam, że nikt nie poczuje się urażony bądź zniesmaczony.

Fabuła powieści jest tak skonstruowana, że nawet najwybredniejszy czytelnik da się porwać słowom Tada Williamsa. Co ciekawe, nawet sam odbiorca trzymany jest w niepewności, a narrator wszystkiego nie wyjawia. Nie wiadomo do końca, czy pisarz nie podpuszcza nas i nie podaje fałszywych informacji. Już pierwsze strony powieści dają do zrozumienia, że znużenie będzie dla nas obcym odczuciem. Refleksyjność bohatera zostaje zepchnięta na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się akcja i miejskie porachunki. Przyznam, że jest to dobry zabieg w przypadku „Brudnych ulic nieba”, choć nie każdej książce to służy.

W powieści znajdziemy znikomą liczbę ludzi, a dostrzeżemy dużo więcej aniołów i demonów. Niestety zawiodłam się na kreacji postaci. Są zbyt ludzcy i aż nazbyt podobni do homo sapiens. Liczyłam na to, że, choć miewają chwile słabości, to jednak ich anielska czy diaboliczna moc nadal będzie wyczuwalna. Niestety „Brudne ulice nieba” zrobiły z bohaterów zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy wyróżniają się jedynie tym, że żyją w Niebie. Sam Raj także nie jest cudownie przedstawiony. Wygląda to tak, jakby autor nie miał pomysłu na to miejsce. Czułam niedosyt, gdyż Williams nie postarał się o dokładne wytłumaczenie roli oraz obrazu Nieba. W takiej sytuacji nie poczułam tego klimatu, który był zapowiadany.

„Brudne ulice nieba” nie jest wyciskaczem łez ani też powieścią romantyczną. To porządne urban fantasy, w którym pierwsze skrzypce gra humor, tajemnica i wartka akcja. Już dawno tak się nie bawiłam przy książce, jak przy tym dziele Tada Williamsa. Nie jest to tekst pozbawiony wad, lecz są one na tyle znośne, że czytelnik polubi Bobby’ego oraz jego nietuzinkowe przygody.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

2.05.2014

#44 Recenzja: Złomiarz

#44 Recenzja: Złomiarz


Tytuł: Złomiarz
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: MAG
Ocena: 6/10


Paolo Bacigalupi dał już o sobie znać za sprawą genialnego debiutu. Jego „Nakręcana dziewczyna” podbiła serca wielu miłośników antyutopii. Liczne nagrody za jego twórczość świadczą o jego warsztacie i kreowaniu fabuły. W końcu amerykański autor podjął się dość trudnego zadania, a mianowicie napisania tekstu dla młodzieży. Czy Bacigalupi przekonał mnie do siebie, tak jak to było w przypadku „Nakręcanej dziewczyny”, czy może wręcz przeciwnie – zraził?

Niedaleka przyszłość. Wybrzeże Zatoki Meksykańskiej jest cmentarzyskiem wraków statków. Ogromne tankowce są rozkładane na części, które można sprzedać na czarnym rynku. W jednej z ekip rozbiórkowych pracuje młody Nailer, który pozyskuje miedź dla bezwzględnego szefa. Chłopak żyje z minuty na minutę. Nigdy nie wie, co czai się za zakrętem korytarzy okrętu, ani kto tym razem go zdradzi. W miejscu, gdzie liczy się tylko brudna robota i przeżycie kolejnej nocy, nikt nie liczy się z uczuciami innych. Jednak pewnego dnia szczęście nieśmiało uśmiechnęło się w stronę Nailera. Ogromny huragan zmiótł z powierzchni Ziemi wioskę robotników, lecz na brzegu pojawił się nietypowy skarb – luksusowy kliper. Nailer ma dwa wyjścia: wynieść wszelkie kosztowności ze statku lub uratować bogatą dziewczynę, która mogłaby zmienić jego nędzne życie…

Paolo Bacigalupi znany jest z tego, że jego powieści nie są optymistyczną wersją przyszłości, a niechlubną wersją wydarzeń, które mogą nastąpić za kilkadziesiąt lat. „Złomiarz” to powieść mroczna, lecz przy tym w wielu aspektach realna i niepokojąca. Już na samym początku czytelnik może poczuć tę atmosferę, kiedy to razem z Nailerem przekrada się przełazami statku.

W Polsce wydano najpierw inną powieść Bacigalupiego pt. „Zatopione Miasta”. Nie jest to zgodne z chronologią, gdyż to „Złomiarz” powinien pierwszy zagościć na półkach księgarń. Jednak kolejność nie jest najważniejsza, gdyż te dwie powieści łączy tylko wykreowany świat i drugoplanowe postaci. Całość nie jest na tyle powiązana, aby odbiorca nie mógł przeczytać tylko jednej książki. Natomiast wykreowane miejsca są świetnym łącznikiem. Świat jest autentyczną wizją naszej Ziemi w przyszłości i wątpię, aby cokolwiek było podkolorowane. Z jednej strony czytelnik ma nieodparte wrażenie, że wszystkie elementy są zbyt realne, a z drugiej obawia się skutków swoich decyzji. Wyraźnie widać, że to chciwość i ludzkie pragnienia doprowadziły społeczeństwo oraz Ziemię do totalnego wyniszczenia.

Postaci pojawiające się w „Złomiarzu” nie są czarno-białe, ani źli do szpiku kości czy dobrzy jak anielskie zastępy. Z każdą kolejną stroną poznajemy naturę Nailera oraz jego towarzyszy. Nie zawsze z pozoru prawy człowiek jest godny zaufania, a nie każda zwierzęca kreatura pała chęcią mordu. Autor „Złomiarza” daje do zrozumienia odbiorcy, że całość jest w gruncie rzeczy lustrzanym odbiciem naszego świata, w którym dzieci robią wszystko, by zarobić kilka groszy na miskę ryżu. Pokazuje też, że zdesperowany i zachłanny człowiek jest zdolny do wszystkiego, aby osiągnąć zamierzony cel. Choć Bacigalupi skupił się na niższej warstwie społeczeństwa, robotniczej biedocie, to starał się ukazać także bogaczy, tzw. „lalusiów”, którzy mają zaplanowany każdy dzień, a ich przyszłość rysuje się w kolorowych barwach. Żałowałam, że autor nieco ukrócił przedstawienie tej klasy społecznej, gdyż taki wyrazisty kontrast między społecznością byłby bardzo ciekawy.

Ten niezbyt przejrzysty kontrast wiąże się też z objętością powieści. Przyzwyczaiłam się, że Bacigalupi rozwija swoje myśli i przelewa je na papier. W „Złomiarzu” zabrakło mi refleksyjności i wewnętrznych monologów. Zastąpiono to natomiast ozdobieniami w postaci barwnych epitetów i metafor. Dzięki temu autor wyrażał się bardziej dosadnie na temat danego wydarzenia czy postaci. Nie zaprzeczam, aż chce się czytać, lecz rozwinięte myśli bohaterów także mogłyby się pojawić.

Akcja książki ani na chwilę się nie zatrzymuje, a czasem wręcz przyspiesza w momentach, które i tak już są napięte do granic możliwości. Niestety Bacigalupi zawiódł mnie i w tym aspekcie, gdyż czynności postaci oraz następstwa poszczególnych decyzji były zbyt przewidywalne. Przyzwyczaiłam się, że jeden z najlepszych autorów młodego pokolenia potrafi mnie zaskoczyć, a w „Złomiarzu” nie zaznałam żadnej chwili niepewności.

„Złomiarz” nie jest powieścią obowiązkową, jeśli już obraca się w kręgach literackiej dystopii. Jest to natomiast pozycja idealna dla młodego czytelnika, który nie boi się mrocznych wizji przyszłości i potrafi docenić słowo zawarte w tekście. To także książka dla tych, którzy nie oczekują słodkiej miłości nastolatków pośród zapuszczonej dżungli, a chcą skupić się wartkiej akcji. „Złomiarz” zmusza do myślenia, a przy tym maluje przed nami obraz tragicznego wyobrażenia naszej rodzimej Ziemi.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

1.05.2014

Stosik majowy

Stosik majowy
Czas wziąć się za siebie! Maj rozpoczynam grypą, nauką matematyki i próbą przerzucenia się na książki, gdyż ostatnio królują fanfictions i anime (tak, zainfekowałam się Shingeki no Kyojin), a papierowe cuda leżą odłogiem. Z braku czasu, pieniędzy w portfelu i chęci do czytania stosik jest skromny, ale za to wszystkie poniższe książki to moje małe perełki. :)
"Coriolanus" - William Shakespeare - znalezione w londyńskim antykwariacie. Świr na punkcie Shakespeare'a działał niestety nawet wtedy, gdy w portfelu zostały ostatnie funty, więc kupiłam bez zastanowienia. I nie żałuję :3

"Will Grayson, Will Grayson" - John Green, David Levithan - czyli John Green w oryginale. Drugi akapit powieści, a ja już wyłam ze śmiechu. Jestem w trakcie czytania i często zastanawiam się czy mam śmiać się, czy płakać, więc zazwyczaj śmieję się przez łzy.

"Obnażeni. Prawdziwa historia Depeche Mode" - Johnathan Miller - Depeche Mode kocham od dzieciństwa i siłą rzeczy muszę poznać ich historię. To moja druga biografia DM, więc mam do czego porównywać :) Ciekawa jestem, która okaże się lepsza.

"Pusty Dom Sherlocka" - praca zbiorowa - a tutaj się nie wypowiem. Cicho sza! Bowiem niedługo na blogu ukaże się artykuł o tej książce i o pewnej międzynarodowej akcji. Lecz na razie nic więcej nie powiem :P

Zuza B (Gumiguta)
Copyright © 2016 Recenzje Nadine , Blogger