20.02.2014

#32 Recenzja: Badacz potworów



Tytuł: Badacz Potworów
Autor: Rick Yancey
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 10/10

„Cicho, bo przyjdzie licho!”. Ileż to razy słyszeliśmy to zdanie z ust rodzica, kiedy byliśmy niegrzeczni i nieposłuszni. Dziecięcy rozum podpowiadał nam, że potwory to tylko wymysł i bujda, gdyż jeszcze nikt nas nie porwał, ani nie pożarł. Jednakże w głębi serca tliła się iskierka niepewności i szeptała nam, że może te straszliwe monstra czają się pod naszym łóżkiem. Czy potwory istnieją? – to pytanie od wieków zaprząta myśli ludzi wszelkiej maści, a Rick Yancey poddaje w wątpliwość to z pozoru retoryczne pytanie.

Los ciężko doświadczył dwunastoletniego Williama Jamesa Henry’ego. Pożar strawił cały jego dom, lecz nie to okazało się najgorsze. Płomienie zabrały ze sobą jego jedyną rodzinę w postaci rodziców. Od tej pory jest pod opieką monstrumologa, badacza polującego i tropiącego rozmaite kreatury, u którego pracował jego ojciec. Pellinore Warthrope, bo o nim mowa, nie szczędzi swojego asystenta. Nie jeden raz Will uczestniczył w nocnych wyprawach na cmentarz, spotkaniach z grabarzami lub przy krwawych operacjach na poczwarach. Pewnej nocy do drzwi monstrumologa zawitał kolejny klient. To miała być kolejna nieco brudna robota, lecz tym razem Pellinore i Will mieli stawić czoła czemuś, co nie mieściło się nawet w najtęższej głowie. Monstrum, zwane antropofagiem, sieje spustoszenie w miasteczku, a także odkrywa makabryczne tajemnice ludzi, którzy w pewnym sensie też należą do potworów. Monstrumolog i jego asystent muszą zmierzyć się z maszkarami, lękami i własną przeszłością. Czy uda im się pokonać strach i powstrzymać krwiożercze antropofagi?

Już sama okładka mówi czytelnikowi, że słodkości i barwnych przygód nie uświadczymy w powieści Ricka Yancey’a. Wyschnięte konary drzew, stary cmentarz i wielki kruk na tle jasnego księżyca. Nie ma wątpliwości, ze „Badacz potworów” jest książką dla ludzi o mocnych nerwach. Potwierdza to także  to, iż nawet wydawca wskazuje, że lektura jest przeznaczona dla osób powyżej czternastego roku życia.

Oprawa graficzna jest mocną stroną tej pozycji. Wspominałam już, że okładka jest niczego sobie, lecz wnętrze powieści to swoiste arcydzieło. Na kartkach możemy znaleźć ilustracje stylizowane na grafiki sprzed stu lat. Tak jak pacjent na stole operacyjnymi, tak i „Badacz Potworów” nie zieje pustką w środku.

Widać, że pisarz nie podszedł do serii „Monstrumolog” z niewielką wiedzą. Samo umiejscowienie akcji i bohaterów w czasie, jest przemyślane. XIX wiek to nie byle jakie stulecie w historii medycyny. Jeszcze na jego początku uważano chirurgów za szarlatanów i wysłanników piekieł, gdyż tylko niewielki procent pacjentów przeżywało operacje. Dziedzina badań Pellinore’a Warthrope’a niezaprzeczalnie wiąże się z medycyną, lecz w nieco inny sposób. Czytelnik, który zna choć zarys historii lekarskiego fachu, znajdzie w „Badaczu potworów” kilka perełek.

Cóż mogę powiedzieć o bohaterach powieści? Są to postacie, które bardzo polubiłam, lecz niemożliwością by było zamieszkanie z nimi. Doktor Pellinore jest do zniesienia niestety tylko na papierze. Cieszy mnie to, że Will nie zachowuje się jak płaczliwy dzieciak, choć zdarzają mu się chwile słabości. Drugoplanowi bohaterowie w żadnej mierze nie odstają od Williama i Warthrope’a. Są równie ciekawi, a miejscami bardziej dopracowani od głównych postaci. Pokochałam nawet największego drania książki.

Co ciekawe, biorąc do rąk „Badacza potworów”, wiedziałam, że trafiła do mnie powieść z wątkiem fantastycznym. Natomiast kończąc książkę, nie byłam już tego taka pewna. Antropofagii i inne nienaturalne elementy zostały tak dobrze wkomponowane w całość, że nie czuło się tego irracjonalnego świata. Nigdy jeszcze nie czytałam powieści fantasy, w której to wszystko łączyło się w jedną, realną sytuację. Myślę, że to zasługa nie tylko autora, ale też genialnego tłumacza, Stanisława Kroszczyńskiego, który nie raz urzekł mnie swoim słowem. Język powieści nie jest trudny, a precyzyjny i dokładny. Świetne dialogi między bohaterami dodają smaczku i czarnego humoru.

Po lekturze „Badacza Potworów” zapewne nadal będziecie głosić jak mantrę, że monstra nie istnieją. Lecz być może zawahacie się przez chwilę, nim to powiecie. Odważycie się zejść do lochów lub spojrzeć w nocy pod ramę łóżka? Kończąc o drugiej w nocy ostatnią stronę książki Ricka Yancey’a, nie wysunęłam stóp spod kołdry, bojąc się, że szponiaste łapy chwycą mnie za kostki.

Czy potwory istnieją?
Ależ tak dziecino. Potwory istnieją, a jakże. Ot, choćby w mojej piwnicy właśnie jeden taki wisi sobie na haku.

Za możliwość przeczytania książki "Badacz potworów" serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

18.02.2014

#31 Recenzja: Zamek Laghortów

#31 Recenzja: Zamek Laghortów

Tytuł: Zamek Laghortów
Autor: E.M Thorhall
Wydawnictwo: RW2010
Ocena: 7/10

Młoda Kyla od lat żyje z wujostwem po tym, jak jej rodzice zeszli z tego świata. Opiekunowie nie darzą jej sympatią, a dziewczyna także nie uważa ich za dobrych ludzi. Ciotka pragnie, aby Kyla wyszła za mąż za obleśnego karczmarza, lecz 17-latka ucieka z domostwa. Bez ekwipunku i planów na przyszłość dziewczyna błąka się po mrocznym lesie. Na swojej drodze napotyka tajemniczego upiora, który ma w sobie coś znajomego… Kogo w takim razie przypomina? Przerażona tym zjawiskiem, pada zemdlona. Kylę znajduje oddział Zbrojnych, którym dowodzi opryskliwy Morht. Wojownicy i leśna znajda zmierzają do zamku, gdzie rezyduje Sir Eryk i Lady Lyanna. Zdaje się, że Kyla znajdzie swoje miejsce wśród Zbrojnych i dworzan, lecz Morht nie jest przychylnie nastawiony do nowej osoby na zamku. W miejscu, gdzie dziewczyna uczy się fechtunku i życia na dworze, dowódca specjalnego oddziału coraz bardziej działa jej na nerwy. Kyla znosi jego wieczne niezadowolenie i przytyki, ale jej cierpliwość w końcu się kończy…

Nie ukrywam, obawiałam się, czy „Zamek Laghortów” przypadnie mi do gustu. Z jednej strony miałam fantastykę w tradycyjnym wydaniu, a z drugiej wątek miłosny, który nie nastrajał mnie pozytywnie. Pierwsze karty powieści już mi się spodobały, lecz żałowałam, że niektóre wątki nie były zbytnio rozwinięte. Chociażby sam początek mógłby być nieco bardziej opisany. Powieść byłaby wtedy obszerniejsza i zapewne lepiej dopracowana fabularnie.

Widać, że autorka ma ukryty talent pisarski. Ładnie buduje zdania i potrafi wyłuskać odrębne osobowości bohaterów. Niestety doszukałam się nielicznych błędów interpunkcyjnych, a także literówek. Jednakże te drobne błędy nie przeszkadzały mi w czytaniu. Podobało mi się to, że książka w żaden sposób nie była patetyczna i naszpikowana trudnymi słowami. Humor krąży między zdaniami, a cięty język Zbrojnych sprawiał, ze nie raz, nie dwa zanosiłam się od śmiechu.

Nie przywiązałam się do postaci Kyli, gdyż tak naprawdę niewiele jej było. Mimo iż to główna bohaterka książki, wydawało mi się, że odstawiono ją na drugi plan. Niewiele mówiła, choć odegrała dość istotną rolę. Tyle że nie odczułam tego przytupu. Jednakże autorka zaskoczyła mnie pozytywnie, jeśli chodzi o wykreowanie tego bohatera. Kyla nie jest idealna i nie zawsze jej się wszystko udawało. Za to duży plus.

Przedstawienie oddziału Zbrojnych jest mocną stroną tej powieści. Daleko im było do rycerskich ideałów, mają swoje za uszami. Spodobało mi się, że podwładni nie są ślepo posłuszni dowódcy. Co prawda zdarzało im się podejmować niesłuszne, często głupie decyzje, lecz dzięki temu nie byli sztuczni i nijacy. Nawet Morht nie jest zrobiony ze złota i zdarzało mu się popełniać błędy.

Nie spodziewałam się, że wątek miłosny będzie do zniesienia. Może nie z wypiekami na twarzy, ale śledziłam losy zakochanych bohaterów. Autorka postarała się, aby ich miłość rozkwitała, a przy tym nie była zbyt nachalna. Choć jest to uczucie typu ‘nienawidzę cię, ale coś mnie do ciebie ciągnie’, to z każdą stroną można było zaobserwować, że postacie coraz bardziej się do siebie zbliżają.

„Zamek Laghortów” to fantasy z ciekawym wątkiem miłosnym, które zasługuje na miano dobrej pozycji. Szału fabularnego raczej nie ma, ale powieść i tak trzyma w napięciu odbiorcę. Czekam z niecierpliwością na kolejny tom i mam nadzieję, że druga część będzie równie dobra, a może nawet lepsza od poprzedniczki.

Za możliwość przeczytania książki "Zamek Laghortów" serdecznie dziękuję autorce.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

17.02.2014

Nominacja do Liebster Blog Award

Nominacja do Liebster Blog Award
Nigdy nie bawiłam się w takie "łańcuszki", bo ich po prostu nie lubię :) Jednak dostałam całkiem ciekawe pytania od Optymisty, więc spięłam się w sobie, przezwyciężyłam lenistwo i oto jestem! A tuż obok mnie odpowiedzi :)

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie  obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

1. Jaka książka najbardziej poruszyła twoje serce i dlaczego?
Bitwa pomiędzy „Tae ekkejr!” Ratkiewicz, „Kronikami Marsjańskimi” Bradbury’ego i „Człowiekiem, który pokochał Yngvego” Renberga – fantasy, science fiction i powieść obyczajowa. Chyba minimalnie, ale naprawdę minimalnie, wyprzedza wymienione przeze mnie książki pozycja „Tae ekkejr!”. A dlaczego? Pewnie dlatego że bardzo mało jest książek, w których to przyjaźń jest najważniejsza, nie miłość, czy nawet fabuła. Właśnie to tak mnie urzekło.

2. Twój ulubiony autor?

To jak pytać matkę, które dziecko bardziej kocha :P Uwielbiam Petera V. Bretta, bo miałam okazję go spotkać i uważam, że jest genialnym człowiekiem. Ubóstwiam też Johna Greena za niesamowite poczucie humoru i niezły kontakt z fanami. Tyle że jest jeszcze John Flanagan, który napisał „Zwiadowców”, serię, za którą dałabym się pokroić. Myślę, że to właśnie on jest moim ulubionym autorem, choć wszyscy wyżej wymienieni napisali przecudowne powieści.

3. Myślałeś/aś kiedyś o napisaniu książki? 
Myślałam, myślę i pewnie nadal będę myśleć. Tyle że najpierw muszę pozbyć się mojego lenistwa :)

4. Na jaki blog zaglądasz najczęściej?
Na swój własny! Ale często odwiedzam też http://gumiguta.tumblr.com/ (eee… bo to też moje dziecko XD ) oraz http://porno-paradiso.blogspot.com/ (niech was nie zwiedzie nazwa :)

5. Z jakim bohaterem literackim chciałbyś/abyś się spotkać?
Z Haltem z serii „Zwiadowcy” oraz z Sherlockiem Holmesem. Obaj są tak samo szurnięci na umyśle, jak ja, więc myślę, że byśmy się dogadali. I przy okazji pokłócili o jakąś pierdołę.

6. Jak wygląda twoja biblioteczka? (daj zdjęcia)
5-6 lat zbierania pieniędzy i wydawania resztek funduszy na książki. I teraz tak to wygląda – głównie fantastyka. Po dwa (ew. trzy) rzędy na jednej półce - wychodzi ok. 240 moich książek i ok. 500 pozycji na półkach rodzicieli, których brak na zdjęciu. Takie 1.5 ściany zapełnione po brzegi książkami :) Plus kilka białych kruków – seria Uczta Wyboraźni, „Harry Potter” po angielsku, a w szczególności bajeczny „Więzień Azkabanu” w cudownym wydaniu, książki Ewy Białołęckiej, „Hamlet”, „Makbet” i „Król Lear” w oryginale, a także w przekładzie Barańczaka oraz „Sherlock: The Casebook” i „Cykl Demoniczny” Bretta z autografem.

7. Jesteś zakochany/a?

Tak. W książkach, serialach, fikcyjnych bohaterach i Tomie Hiddlestonie.

8. Kto zaszczepił w Tobie miłość do książek?

Chyba zrobiła to moja polonistka z podstawówki. Co miesiąc mieliśmy opisywać jeden rozdział lub przygodę bohatera książki, którą sami sobie wybraliśmy. Dla mnie był to przyjemny obowiązek i teraz wdycham książki razem z powietrzem.

9. Co lepsze: Książka vs. film?

Książka – nie ma nic lepszego, choć czasem lubię obejrzeć ekranizacje.

10. Czytujesz komiksy?

Komiksów jako takich nie, choć wiele razy się przymierzałam. Natomiast uwielbiam mangi, więc od czasu do czasu robię sobie przerwę od książek.

11. Twój ulubiony gatunek literacki to?

Fantastyka, a dokładniej fantasy. Staram się czytać science fiction, ale czasami język i rozumowanie jest dla mnie za trudne do ogarnięcia. Lubię też literaturę czeską i rosyjską.

Nominacje: 
http://mirror-of--soul.blogspot.com/
http://ksiazkiiherbata.blogspot.com/
http://sol-shadowhunter.blogspot.com/
http://dzieciemroku94.blogspot.com/
http://licencja-na-czytanie.blogspot.com/
http://sheti-shetani.blogspot.com/
http://boook-reviews.blogspot.com/
http://justbooks17.blogspot.com/
http://ognistastrzala.blogspot.com/
http://moim--zdaniem.blogspot.com/
http://poradnikpozytywnegoczytelnika.blogspot.com/

Pytania: 
- Żałowałaś/eś kiedyś przeczytania jakiejś książki? Dlaczego?
- Pytanie zakładkowe – jaki najdziwniejszy przedmiot używałaś/eś jako zakładki?
- Jest taka powieść, którą chciałabyś/chciałbyś mieć u siebie na półce, lecz zdobycie jej graniczy z cudem?
- Trafiłaś/eś na taką ekranizację książki, która pobiła powieść?
- Książka/seria, za którą dałabym/dałbym się pokroić, to…
- Spotkałaś/eś się kiedyś z jakimś pisarzem? Jeśli tak, to które spotkanie wspominasz najmilej?
- Kupujesz, wypożyczasz, czy może dostajesz książki od wydawnictw – co częściej?
- Lektury nie cieszą się zbytnią sympatią, ale może masz swoich ‘szkolnych’ faworytów, których uwielbiasz?
- Czytasz książki w oryginale?
- Gdzie najczęściej czytasz powieści?
- Oprócz czytania książek, co jeszcze cię pozytywnie nakręca?

Trochę się rozpisałam, ale macie - nawet jest fotka jakości zestarzałego ziemniaka! Może ktoś odpowie na moje pytania, może nie, to się okaże :)

Zuza B (Gumiguta)

12.02.2014

#30 Recenzja: Grim. Pieczęć Ognia



Tytuł: Grim. Pieczęć Ognia
Autor: Gesa Schwartz
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 8/10

Ludzie od wieków są przekonani, że świat, w którym egzystują, jest jedyny w całym wszechświecie. Niektórzy szukają na niebie planet, które mogłyby być zamieszkane przez rozumne istoty. Czasami jednak warto oderwać wzrok od sklepienia niebieskiego i spojrzeć w głąb ziemi, gdzie czają się niepojęte stwory…

Pod wielką, francuską metropolią, Paryżem, mieści się jeszcze jedno równie ogromne miasto – Ghrogonia. Ludzie nie mają pojęcia o istnieniu tego miejsca, a jedynie nieliczni czują, że nie są sami, wędrując uliczkami Paryża. Rodowitymi mieszkańcy podziemnego świata są Gargulce, które ludziom kojarzą się tylko z architekturą i zabytkami. Te niewidoczne dla naszego oka istoty chronią nas przed wszelakimi niebezpieczeństwami, a także samych siebie, aby ludzie nigdy nie odkryli Innoświata. Jednym z naburmuszonych i narzekających na wieczny deszcz gargulców jest Grim, najlepszy z jednostki Cienioskrzydłych. Na świece są jednak osoby, które zakłócają porządek, gdyż są hartydami – ludźmi, którzy potrafią dostrzec istoty Innoświata. Pewnego dnia Grim jest świadkiem nietypowej sytuacji, a mianowicie spotkania gargulca, Moiry, i człowieka. Kodeks wyraźnie mówi, że jest to przewinienie na miarę zdrady, lecz Moira nakazuje mu chronić owego Jakuba, co dla Grima jest rzeczą niezrozumiałą, jednak ze względu na długą przyjaźń decyduje się osłaniać człowieka. Oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem, a Jakub zostaje zamordowany. W szpony Grima wpada młodziutka Mia, siostra hartydy, oraz tajemniczy pergamin, który może otworzyć tylko ona. Okazuje się, że nie jest to byle świstek papieru. Harmonia dwóch światów w niedalekiej przyszłości może zostać zakłócona, a ludzie i stwory Innoświata zetrą się ze sobą w krwawej walce o dominację nad Ghrogonią i Paryżem.

Aż trudno uwierzyć, że jest to debiut niemieckiej autorki. Zazwyczaj pierwsze powieści nie są zbyt pokaźne, liczą ok. 300 stron, czasami nieco więcej. Gesa Schwartz przełamała stereotypy – „Pieczęć Ognia” zawiera ok. 700 stron! Trzeba przyznać, że jest to zacna i nieprzesadzona objętość. Wiele razy spotykałam się też z pokaźnymi tomiszczami, które jednak miały swoiste ‘zapychacze kartek’. A tu pusta strona, tutaj jakiś obrazek, dodatkowe miejsce na nowości wydawnicze, a litery były widoczne nawet z 2 metrów. W pierwszym tomie „Grima” nie uświadczymy tych rzeczy, więc od razu możemy zauważyć, że objętość książki jest tylko i wyłącznie zasługą autorki.

Wielu osobom wydaje się, że książkowe ‘cegły’ będą nużące i bardzo zawiłe. Gesa Schwartz już na początku przekonuje czytelnika, że w „Pieczęci Ognia” nie ma miejsca na nudę. Głównym bohaterom obce są domowe pielesze, przez co często nieświadomie pakują się w kłopoty i zbaczają na ścieżki, po których nie warto się pałętać. Autorka ma pełne pole do popisu i to wykorzystuje, wprowadzając coraz to nowsze przygody. Książka nie jest w żaden sposób niezrozumiała czy pogmatwana. Pisarka trzyma się jednego toru wydarzeń i specjalnie nie zbacza z kursu. To nie powieść pisana z perspektywy kilku osób, co nie oznacza, że brakuje w niej drugoplanowych bohaterów.

Uważam, że główne postacie, Grim i Mia, są genialne wykreowane. Nie chodzi mi o wygląd, ale o osobowość i ich zachowania. Gargulec liczący sobie 200 lat nie zachowuje się jak nastolatek w okresie dojrzewania, lecz też nie jest nazbyt poważny. Ma swoje humory, często narzeka i psioczy na innych, lecz w gruncie rzeczy pod kamienną skorupą kryją się też pozytywne uczucia. Ładnie to zostało skomponowane, przez co Grim nie jest sztuczną istotą i bezmózgim zabijaką. To samo tyczy się Mii. Kiedy widzę młodą dziewczynę, którą los wystawił na próbę, boję się, że autor zrobi z niej naiwną małolatę lub ‘złotą rączkę’, której nie straszne są nawet mordercze hordy żołnierzy. Przy okazji ratuje rodzinę, świat i miłość życia. Psychicznie przygotowałam się na taką wersję wydarzeń, a tu totalne zaskoczenie. Wiadomo, Mia nie jest tchórzem, ale ma serce i swój rozum. Często stawia na swoim, ale też ma chwile słabości; nie zapomina o swoich bliskich i nie leci za Grimem jak zauroczona dziewucha. Obie te postacie świetnie ze sobą współgrają, a ich dialogi nieraz doprowadzały mnie do śmiechu.

Autorka zaserwowała nam pokaźne ilości opisów miejsc i bohaterów. Widać, że Gesa Schwartz ma wielką wyobraźnię i potrafi swoje pomysły przelać na papier. Groghonia i inne fantastyczne miejsca oraz wygląd drugoplanowych postaci są przedstawione w barwny i niezwykle ciekawy sposób. Pisarka nie kończy opisu na krótkim ‘o, tu jest taki a taki budynek’, lecz rozwija swoją myśl i nadaje ducha temu miejscu. Postarała się także, przedstawiając niektórych bohaterów powieści. Miejscami zastanawiałam się, skąd brała inspiracje, gdyż wygląd wielu postaci był nieziemski. Z chęcią zobaczyłabym te stwory na własne oczy.

Jednak nie wolno zrażać się do opisów. Sama nie jestem zwolenniczką ciągłego przedstawiania sytuacji czy obiektów, lecz w „Pieczęci Ognia” aż chce się to czytać. Uwalniają naszą wyobraźnię i odkrywają przed nami świat Ghrogonii. Gesa Schwartz pisze pięknie i hipnotyzuje odbiorcę słowami. Dodaje do tej całej mieszaniny nutkę humoru, kryminału i psychologii. Skomponowała to idealnie, a spod jej pióra wyszło coś niesamowitego.

„Pieczęć Ognia” polecam głównie zwolennikom fantasy, gdyż nie każdy jest w stanie znieść tyle imaginacji w jednym dziele. Pomysłowość autorki nie zna granic i mam nadzieję, że kolejny raz zaskoczy mnie w następnym tomie „Grima” pt. „Dziedzictwo Światła”.

Za możliwość przeczytania „Grim. Pieczęć Ognia” serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

9.02.2014

Zapowiedzi - luty 2014

Zapowiedzi - luty 2014
Postanowiłam dodać coś więcej na blogu, a mianowicie zapowiedzi książek, które mnie interesują. Co miesiąc będę publikowała kilka pozycji, które nieźle się zapowiadają. Może nie będę odosobniona w swoim wyborze :) Na co Wy czekacie? 

A oto moi faworyci! - Zuza B (Gumiguta)

Tytuł: Brudne ulice nieba
Autor: Tad Williams
Wydawnictwo: Rebis
Premiera: 17 lutego
Dwa główne powody, dlaczego pragnę jak najszybciej przeczytać tę książkę:
- Anioły. Jestem totalnie zakochana w skrzydlatych, którzy nie są kochankami ziemskich nastolatek. Niech zachowują się jak ludzie: mają swoje słabości, wady i pożądania. W końcu nikt nie jest idealny, prawda?
- W końcu autor pojawi się w Polsce na Pyrkonie :) Trzeba przeczytać choć jedną jego książkę, aby wiedzieć z kim ma się do czynienia.


Tytuł: Bransoletka z kości
Autor: Kevin Carossley-Holland
Wydawnictwo: Bellona
Premiera: 14 lutego
Uwielbiam Skandynawię i wszystko to, co się z nią wiąże. Martwi mnie jedynie wiek bohaterki (15 lat), ale jak na razie jestem dobrej myśli. :) Piękne w niej jest to, że Solveig nie wydaje się dziewczyną, która lata z toporem i atakuje z rozmachem wrogów, ale poznaje siebie poprzez podróż.

Tytuł: Mapa czasu
Autor: Felix J. Palma
Wydawnictwo: Sonia Draga
Premiera: 19 lutego
Podróże w czasie są fascynujące, jeśli tylko autor zachowuje umiar i wyjaśnia niektóre zjawiska. Mam nadzieję, że szybko dostanę ją w moje ręce i nie zawiodę się. Już samo miejsce akcji nastraja pozytywnie (Londyn), a XIX wiek jeszcze dodaje pikanterii.


Tytuł: Chłopaki Anansiego
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: MAG
Premiera: 21 lutego
Gaiman... Co tu dużo mówić? Szykuje się nam wiele absurdu i cudowny świat, choć nie zawsze normalny. "Amerykańscy Bogowie" już się we mnie wpatrują ze swojego miejsca na półce. Niedługo zapewne ukaże się recka. :)




Tytuł: Trupia otucha
Autor: Dan Simmons
Wydawnictwo: MAG
Premiera: 21 lutego
Może i jest to fantastyka, ale według mnie bliżej jej do powieści psychologicznej. Simmons zapewne jeszcze raz pokaże, że jest w stanie zrobić coś z niczego, a przy tym wniknąć w umysł bohatera. Czeka mnie sporo nieprzespanych nocy. :)



Tytuł: Czerwony Rynek
Autor: Scott Carney
Wydawnictwo: Czarne
Premiera: 23 lutego
"Czerwony Rynek" niestety nie jest fantastyką, a reportażem. Pokazuje, że ludzie potrafią dokonać strasznych rzeczy dla pieniędzy lub nieskazitelnego wyglądu. Może nie będzie to powieść, w której prym będą wiodły pościgi, wybuchy i romans, ale wierzę, że tekst Carney'a otworzy zarówno mi i innym ludziom oczy na otaczający nas świat.

8.02.2014

Coś ciekawego - Zapowiedź

Coś ciekawego - Zapowiedź


"Historia Hanki – młodej dziewczyny, która dopiero co ukończyła studia i przeprowadziła się do odziedziczonego po ciotce mieszkania w Warszawie. Na nieszczęście, mieszkanie owo znajduje się w sąsiedztwie agencji towarzyskiej „Syrenka”, co jest dla Hanki przyczyną niejednego kłopotu. Właściciel agencji, Alek, próbuje wykurzyć Hankę z mieszkania, aby dzięki temu powiększyć swój lokal. Dziewczynę ratuje przyjaźń z Rychem, ochroniarzem z „Syrenki”. Hanka w poszukiwaniu pracy rozsyła swoje CV po licznych korporacjach. Zostaje zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną do agencji reklamowej. Szczęśliwa dziewczyna pędzi na spotkanie, na którym okazuje się, że przez nieuwagę aplikowała na stanowisko sprzątaczki. Sytuacja finansowa zmusza ją do przyjęcia oferty. Praca przez dwie godziny z samego rana pozwala jej jednocześnie zajmować się wytwarzaniem biżuterii artystycznej, którą później sprzedaje handlarkom na targu. Nowy pracodawca Hanki z wyglądu bardzo przypomina znanego aktora. Okazuje się, że dorabia on sobie, bywając na różnego typu spotkaniach towarzyskich, podczas których podszywa się pod aktora. Proponuje Hance, aby towarzyszyła mu weekendami podczas tych spotkań, ponieważ nie wypada, aby „celebryta” pojawiał się samotnie. Wyjazdy te zapewniają Hance dodatkowe pieniądze, jednak..."

Będę miała okazję przed premierą przeczytać książkę Michaliny Kłosińskiej-Moedy pt.  "Kota lubi szanuje". Premiera zaplanowana jest na 18 lutego 2014 roku. Za niecałe 10 dni przekonacie się, dlaczego akurat koty grają tutaj pierwsze skrzypce.
Za możliwość przeczytania „Kota lubi szanuje” dziękuję wydawnictwu Replika.

Opis zaczerpnięty z portalu Lubimy Czytać

#29 Recenzja: Wyspy Legerdy. Tom I. Żelazny Łuk



Tytuł: Wyspy Legerdy. Tom I. Żelazny Łuk

Autor: Kamil Kasprzak
Wydawnictwo: Poligraf
Ocena: 7/10

Historia zaczyna się niewinnie, w domu ciotki Kate Woderforst. W tym miejscu przebywa rodzeństwo Reivonsów – Agran i Aulina – oraz ich liczne kuzynostwo. Jednak spokojny odpoczynek zostaje zakłócony przez napaść wściekłych wilkołaków. Okazuje się, że Kate Woderforst przepadła jak kamień w wodę, a całe kuzynostwo budzi się w obcym świecie – Legerdzie. Błąkających się po lesie wędrowców, spotyka król krainy zwanej Titor, który pragnie, aby odnaleźli legendarny i zapomniany Żelazny Łuk. Podania głoszą, że jest to artefakt, dzięki któremu można przenieść się na ziemie poza Legerdą. Czeka na nich wiele niebezpieczeństw i pułapek, ale też sprzymierzeńców, którzy przybędą im z pomocą. Nikt nie łudzi się, że będzie to łatwa misja. A jednak wierzą w to, że gdzieś na tajemniczej Wyspie Diabelskiej spotkają ostatniego właściciela Żelaznego Łuku.

Książka „Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk” nie grzeszy objętością, lecz nie oznacza to, że jest niekompletna czy wybrakowana. Zacznę od wykreowanego przez autora świata. Widać, że Kamil Kasprzak czerpał z różnych wierzeń i kultowych powieści fantastycznych. Nie mam mu tego za złe, gdyż, choć niektóre rzeczy są mi znajome, to jednak całość jest jego wytworem. Opisy nie były zbyt długie, ani też za krótkie, więc bez problemu mogłam wyobrazić sobie poszczególne miejsca. Wyspy i krainy, przez które podążają Wędrowcy, z jednej strony baśniowe, lecz czasami czytelnik natknie się na mroczne momenty. Słodkości tutaj nie uświadczymy, lecz dla horroru także nie ma w „Żelaznym Łuku” miejsca. Według mnie to właśnie świat i wyobraźnia autora są najmocniejszymi stronami powieści.

Bohaterów jest wielu, nawet jeśliby popatrzeć tylko na głównych. Samo kuzynostwo liczy sobie kilka osób. Przez całą książkę przewija się mnóstwo postaci drugoplanowych, które są bardzo barwne i ciekawe. Niestety nie zżyłam się z żadnym bohaterem powieści, gdyż było ich za dużo. A szkoda, gdyż z chęcią przyjrzałabym się chociażby rodzeństwu Reivonsów, które moim zdaniem nie było należycie przedstawione.

Akcja nabiera tempa już od samego początku. Na Obrońców czeka mnóstwo niebezpieczeństw, a autor nie oszczędzał bohaterów „Żelaznego Łuku”. W każdym rozdziale coś się dzieje, a historia nie jest monotonna i jałowa. Znajdziemy też momenty względnego spokoju, kiedy to możemy przypatrzeć się bohaterom, lecz jest ich stosunkowo mało. Ta książka została zdominowana przez wartką akcję, co działa na jej korzyść.

Język i styl bardzo mi odpowiada – nie jest trudny ani zawiły. Niektórzy bohaterowie wyrażają się wręcz baśniowo. Jeśli weźmiemy do ręki jakąkolwiek starą baśń, to od razu możemy zauważyć, że to nie jest typowa, współczesna proza. Niektóre słowa są przestawione lub zamienione na bardziej uroczyste wyrazy. Wyobraźnia autora znowu daje się we znaki za sprawą różnych pieśni czy wierszy, a wiele ich naliczyłam. Powieści Kasprzaka nadaje to osobliwego uroku. Niestety są też i zgrzyty, np. w nadmiernym używaniu nawiasów. Z powodzeniem mogłyby one być zastąpione przez przecinki albo też można by było też stworzyć kolejne zdanie.

Po raz kolejny przekonałam się, że polscy autorzy nie są gorsi od zagranicznych pisarzy. Dodam, że jest to debiut Kamila Kasprzaka, lecz bardzo udany. Połączenie tradycyjnego fantasy, horroru, baśni oraz kryminału zdało egzamin na piątkę z plusem. Książka kończy się w kulminacyjnym momencie, więc z niecierpliwością czekam na kolejny tom „Wysp Legerdy”.

Za możliwość przeczytania „Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk” dziękuję autorowi.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Copyright © 2016 Recenzje Nadine , Blogger