28.02.2014

Recenzja : Plan



Tytuł: Plan
Autor: Patrycja Gryciuk
Wydawnictwo: Poligraf
 Ocena: 7/10

Cztery nazwiska – jedna dziewczyna: Anna Smith, Anna Taredov, Anna Williams, Może Anna Maidley. Jak to możliwe? Co kryje z pozoru zwykła, młoda kobieta? Siergiej Taredov jest naukowcem i bogaczem, który może mieć wszystko. Zakochuje się w o 20 lat młodszej Annie. Lorcan Maidley to zwykły student architektury, również zauroczony w wdziękach dziewczyny. Czy uda mu się ją zdobyć? Nie wiadomo, co z tego wyniknie – gorąca miłość, czy niezapomniana przyjaźń. Mogłoby się wydawać, że nic nie stoi na przeszkodzie do pogłębienia uczucia między Anną a Lorcanem. Wszystko się zmienia, gdy Anna poznaje Siergieja, niezwykle przystojnego Rosjanina. Po za nim nie widzi świata, lecz czy powinna wierzyć na ślepo tajemniczemu mężczyźnie?

Zwykłe romansidło, tradycyjny harlequin - tak mogłoby się wydawać na samym początku. Prawda okazuje się inna, a w czasie czytania na pierwszy plan wysuwają się inne wartości. Cudowną namiętność zakłócają osoby oraz organizacje, które nie są przychylne bohaterom powieści. To nie jest sielankowa powieść, w której postaci będą żyć długo i szczęśliwie.

W „Planie” możemy znaleźć prywatne korespondencje głównych bohaterów, co pozytywnie nastraja czytelnika. Dzięki temu odbiorca może poznać daną postać i bliżej przyjrzeć się charakterowi. Wplecione w książce dialogi są bardzo ciekawe i chętnie je czytało. Książka na przemian bawiła mnie i smuciła. Cięty język bohaterów to niezaprzeczalnie zaleta „Planu”.

Plan to powieści o wielu wątkach, a każdy z nich jest ukazany w odmienny i ciekawy sposób. Znajdziemy w nich miłość szczęśliwą, jak również tą niespełnioną, a także, przyjaźń, która nie jest gorsza czy też mniej ważna od miłości. Czytelnik doszuka się wielu innych uczuć, które mogą wywołać u niego wiele skrajnych emocji.

Po przeczytaniu powieść, zastanawiałam się, jakbym postąpiła na miejscu Anny. Czy skusiłabym się na materialne bogactwa, czy raczej kierowałabym się sercem. W „Planie” to właśnie wybór jest zarówno przyjacielem, jak i wrogiem Anny. Nie można przewidzieć przyszłości. Gdyby tak było, życie stałoby się dużo łatwiejsze.

Za możliwość przeczytania Dziękuję Autorce książki Patrycji


Udostępnij ten wpis

26.02.2014

Recenzja: Play


Tytuł: Play
Autor: Javier Ruescas
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 8/10

Aaron – dobrze wychowany nastolatek z bogatej rodziny, który ma określone plany na przyszłość.
Leo – czarna owca rodziny, rozrabiaka z zawyżonym ego i Casanova, człowiek żyjący z dnia na dzień.

Wydaje się, że nic ich nie łączy, lecz więzów krwi nie da się tak łatwo zerwać. Po nagłym odejściu starszego brata, Aaron nie pała do niego miłością, kiedy to Leo powraca do domu niczym syn marnotrawny. Próbują na nowo odkryć siebie i znów stać się najlepszymi przyjaciółmi. Nie jest to jednak takie proste. Aaron przeżywa swoją nieudaną, wakacyjną miłość, natomiast Leo cały czas pragnie wznieść się na wyżyny sławy. Pewnego dnia starszy brat odkrywa na swoim zapomnianym dysku komputera piosenki autorstwa Aarona, które, o dziwo, mają spory potencjał.  Leo wpada na szatański pomysł nagrania amatorskiego teledysku, w którym jego kruczoczarne włosy i niesamowicie zielone oczy mogą zrobić furorę, ale głos "pożyczy" od Aarona. Międzynarodowa sława, wielkie pieniądze i hordy fanek – oto spodziewana przyszłość rodzeństwa. Lecz czy to oszustwo ma szansę bytu? Co jeśli ktoś odkryje sekret, a na wierzch wypłyną wszystkie przekręty Leo Serafina? Czy Aaron odzyska Dalilę, swoją dawną ukochaną?

Macie prawo pomyśleć, że „Play” jest kolejną powieścią młodzieżową, w której główne skrzypce gra młodociana miłość i nierealna droga do sławy. Jednak ta sztampowość zostaje przełamana. Autorem powieści jest 26-letni Hiszpan, który rzuca inne światło na fabułę. Zazwyczaj tego typu książki pisane są przez młode kobiety, które nie do końca wiedzą czego spodziewają się po swoim dziele, a bohaterki powieści są często surrealistyczne i niezdecydowane. Javier Ruescas potraktował ten z pozoru oklepany temat inaczej, a najważniejsze postaci –Aaron i Leo – nie zostały całkowicie zdominowane przez przesłodzone uczucia. Sama miłość została przedstawiona z punktu widzenia chłopaka, a nie, jak to zazwyczaj bywa, dziewczyny. Trzeba też zauważyć, że Ruescas nie opisał miłosnych uniesień w jeden, z góry nakazany sposób. Z jednej strony czuć na odległość miłość na wieki, lecz np. spoglądając na podboje Leo, ma się wrażenie, że to raczej jednorazowy wypad. Romantyczne wątki nie przesłaniają relacji braci i ich drogi do sławy. Niezmiernie się z tego powodu cieszę, gdyż męczą mnie już wszędobylskie romanse zawarte w literaturze dla nastolatków.

Każdy rozdział poprzedzony jest fragmentem piosenki. Autor wybrał playlistę do powieści, więc czytelnik ma szansę dowiedzieć się co nieco o jego guście muzycznym. Co ciekawe, co drugi rozdział został napisany z perspektywy innego brata. Raz Aaron wysuwa się na prowadzenie, a kiedy indziej to Leo daje świetny koncert. Pierwszoosobowa narracja pozwala odbiorcy przyjrzeć się z bliska rodzeństwu i poznać ich odmienne charaktery. Każdy z braci ma inne spojrzenie na otaczające ich osoby oraz na pewne sytuacje, które nierzadko prowadzą do katastrofy.

Leo i Aaron, choć mają sporo talentów, to jednak ich ścieżka sławy nie jest usłana różami. Javier Ruescas obok bandy rozentuzjazmowanych fanów ich muzyki i wyglądu dodaje jeszcze niecierpliwych producentów oraz ciężką pracę. Skutecznie zabił stereotyp, mówiący o tym, że sława nie wymaga poświęceń, a wystarczy tylko popijać drinki z palemką w ekskluzywnym apartamencie.

Autor świetnie spisał się w tworzeniu napięcia tak, aby czytelnik mógł przeżywać wszystkie wydarzenia „Play” wraz z bohaterami książki. Zżerała mnie trema, kiedy Leo i Aaron wprowadzali w życie swoje przekręty. Jak widać, nie tylko wielkie bitwy i gorące namiętności podnoszą adrenalinę.

Niestety wychwyciłam także wady w powieści Ruescasa. Niektóre romantyczne momenty były przesłodzone i nierealne. Miejscami brakowało tylko przeogromnego bukietu egzotycznych kwiatów, płatków czerwonych róż wpadających przez okno i błyszczących od łez oczu zakochanych. Przesadzono też z tak zwanym amerykańskim snem. Bracia nie mieszkali z rodziną w ziemiankach i nie żywili się samym chlebem i wodą. Radzili sobie całkiem nieźle, a wręcz bardzo dobrze w dużym domu i pokaźnymi pensjami rodziców. Nie chciało mi się wierzyć w ten zachwyt nad wspaniałościami Ameryki.

Spod pióra Ruescasa wyszła naprawdę dobra powieść młodzieżowa, która po części przełamuje stereotypy typowej książki dla nastolatków. Nie dziwię się, że „Play” w Hiszpanii został okrzyknięty bestsellerem. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom trylogii oraz na dalsze przygody Aarona i Leo. Na YouTube możecie znaleźć piosenki zespołu Play Serafin, które przypadły mi do gustu i teraz pałętają się na mojej playliście gdzieś pomiędzy Rammsteinem a Depeche Mode.

Za możliwość przeczytania "Play" dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

20.02.2014

Recenzja: Badacz potworów


Tytuł: Badacz Potworów
Autor: Rick Yancey
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 10/10

„Cicho, bo przyjdzie licho!”. Ileż to razy słyszeliśmy to zdanie z ust rodzica, kiedy byliśmy niegrzeczni i nieposłuszni. Dziecięcy rozum podpowiadał nam, że potwory to tylko wymysł i bujda, gdyż jeszcze nikt nas nie porwał, ani nie pożarł. Jednakże w głębi serca tliła się iskierka niepewności i szeptała nam, że może te straszliwe monstra czają się pod naszym łóżkiem. Czy potwory istnieją? – to pytanie od wieków zaprząta myśli ludzi wszelkiej maści, a Rick Yancey poddaje w wątpliwość to z pozoru retoryczne pytanie.

Los ciężko doświadczył dwunastoletniego Williama Jamesa Henry’ego. Pożar strawił cały jego dom, lecz nie to okazało się najgorsze. Płomienie zabrały ze sobą jego jedyną rodzinę w postaci rodziców. Od tej pory jest pod opieką monstrumologa, badacza polującego i tropiącego rozmaite kreatury, u którego pracował jego ojciec. Pellinore Warthrope, bo o nim mowa, nie szczędzi swojego asystenta. Nie jeden raz Will uczestniczył w nocnych wyprawach na cmentarz, spotkaniach z grabarzami lub przy krwawych operacjach na poczwarach. Pewnej nocy do drzwi monstrumologa zawitał kolejny klient. To miała być kolejna nieco brudna robota, lecz tym razem Pellinore i Will mieli stawić czoła czemuś, co nie mieściło się nawet w najtęższej głowie. Monstrum, zwane antropofagiem, sieje spustoszenie w miasteczku, a także odkrywa makabryczne tajemnice ludzi, którzy w pewnym sensie też należą do potworów. Monstrumolog i jego asystent muszą zmierzyć się z maszkarami, lękami i własną przeszłością. Czy uda im się pokonać strach i powstrzymać krwiożercze antropofagi?

Już sama okładka mówi czytelnikowi, że słodkości i barwnych przygód nie uświadczymy w powieści Ricka Yancey’a. Wyschnięte konary drzew, stary cmentarz i wielki kruk na tle jasnego księżyca. Nie ma wątpliwości, ze „Badacz potworów” jest książką dla ludzi o mocnych nerwach. Potwierdza to także  to, iż nawet wydawca wskazuje, że lektura jest przeznaczona dla osób powyżej czternastego roku życia.

Oprawa graficzna jest mocną stroną tej pozycji. Wspominałam już, że okładka jest niczego sobie, lecz wnętrze powieści to swoiste arcydzieło. Na kartkach możemy znaleźć ilustracje stylizowane na grafiki sprzed stu lat. Tak jak pacjent na stole operacyjnymi, tak i „Badacz Potworów” nie zieje pustką w środku.

Widać, że pisarz nie podszedł do serii „Monstrumolog” z niewielką wiedzą. Samo umiejscowienie akcji i bohaterów w czasie, jest przemyślane. XIX wiek to nie byle jakie stulecie w historii medycyny. Jeszcze na jego początku uważano chirurgów za szarlatanów i wysłanników piekieł, gdyż tylko niewielki procent pacjentów przeżywało operacje. Dziedzina badań Pellinore’a Warthrope’a niezaprzeczalnie wiąże się z medycyną, lecz w nieco inny sposób. Czytelnik, który zna choć zarys historii lekarskiego fachu, znajdzie w „Badaczu potworów” kilka perełek.

Cóż mogę powiedzieć o bohaterach powieści? Są to postacie, które bardzo polubiłam, lecz niemożliwością by było zamieszkanie z nimi. Doktor Pellinore jest do zniesienia niestety tylko na papierze. Cieszy mnie to, że Will nie zachowuje się jak płaczliwy dzieciak, choć zdarzają mu się chwile słabości. Drugoplanowi bohaterowie w żadnej mierze nie odstają od Williama i Warthrope’a. Są równie ciekawi, a miejscami bardziej dopracowani od głównych postaci. Pokochałam nawet największego drania książki.

Co ciekawe, biorąc do rąk „Badacza potworów”, wiedziałam, że trafiła do mnie powieść z wątkiem fantastycznym. Natomiast kończąc książkę, nie byłam już tego taka pewna. Antropofagii i inne nienaturalne elementy zostały tak dobrze wkomponowane w całość, że nie czuło się tego irracjonalnego świata. Nigdy jeszcze nie czytałam powieści fantasy, w której to wszystko łączyło się w jedną, realną sytuację. Myślę, że to zasługa nie tylko autora, ale też genialnego tłumacza, Stanisława Kroszczyńskiego, który nie raz urzekł mnie swoim słowem. Język powieści nie jest trudny, a precyzyjny i dokładny. Świetne dialogi między bohaterami dodają smaczku i czarnego humoru.

Po lekturze „Badacza Potworów” zapewne nadal będziecie głosić jak mantrę, że monstra nie istnieją. Lecz być może zawahacie się przez chwilę, nim to powiecie. Odważycie się zejść do lochów lub spojrzeć w nocy pod ramę łóżka? Kończąc o drugiej w nocy ostatnią stronę książki Ricka Yancey’a, nie wysunęłam stóp spod kołdry, bojąc się, że szponiaste łapy chwycą mnie za kostki.

Czy potwory istnieją?
Ależ tak dziecino. Potwory istnieją, a jakże. Ot, choćby w mojej piwnicy właśnie jeden taki wisi sobie na haku.

Za możliwość przeczytania książki "Badacz potworów" serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

18.02.2014

Recenzja: Zamek Laghortów


Tytuł: Zamek Laghortów
Autor: E.M Thorhall
Wydawnictwo: RW2010
Ocena: 7/10

Młoda Kyla od lat żyje z wujostwem po tym, jak jej rodzice zeszli z tego świata. Opiekunowie nie darzą jej sympatią, a dziewczyna także nie uważa ich za dobrych ludzi. Ciotka pragnie, aby Kyla wyszła za mąż za obleśnego karczmarza, lecz 17-latka ucieka z domostwa. Bez ekwipunku i planów na przyszłość dziewczyna błąka się po mrocznym lesie. Na swojej drodze napotyka tajemniczego upiora, który ma w sobie coś znajomego… Kogo w takim razie przypomina? Przerażona tym zjawiskiem, pada zemdlona. Kylę znajduje oddział Zbrojnych, którym dowodzi opryskliwy Morht. Wojownicy i leśna znajda zmierzają do zamku, gdzie rezyduje Sir Eryk i Lady Lyanna. Zdaje się, że Kyla znajdzie swoje miejsce wśród Zbrojnych i dworzan, lecz Morht nie jest przychylnie nastawiony do nowej osoby na zamku. W miejscu, gdzie dziewczyna uczy się fechtunku i życia na dworze, dowódca specjalnego oddziału coraz bardziej działa jej na nerwy. Kyla znosi jego wieczne niezadowolenie i przytyki, ale jej cierpliwość w końcu się kończy…

Nie ukrywam, obawiałam się, czy „Zamek Laghortów” przypadnie mi do gustu. Z jednej strony miałam fantastykę w tradycyjnym wydaniu, a z drugiej wątek miłosny, który nie nastrajał mnie pozytywnie. Pierwsze karty powieści już mi się spodobały, lecz żałowałam, że niektóre wątki nie były zbytnio rozwinięte. Chociażby sam początek mógłby być nieco bardziej opisany. Powieść byłaby wtedy obszerniejsza i zapewne lepiej dopracowana fabularnie.

Widać, że autorka ma ukryty talent pisarski. Ładnie buduje zdania i potrafi wyłuskać odrębne osobowości bohaterów. Niestety doszukałam się nielicznych błędów interpunkcyjnych, a także literówek. Jednakże te drobne błędy nie przeszkadzały mi w czytaniu. Podobało mi się to, że książka w żaden sposób nie była patetyczna i naszpikowana trudnymi słowami. Humor krąży między zdaniami, a cięty język Zbrojnych sprawiał, ze nie raz, nie dwa zanosiłam się od śmiechu.

Nie przywiązałam się do postaci Kyli, gdyż tak naprawdę niewiele jej było. Mimo iż to główna bohaterka książki, wydawało mi się, że odstawiono ją na drugi plan. Niewiele mówiła, choć odegrała dość istotną rolę. Tyle że nie odczułam tego przytupu. Jednakże autorka zaskoczyła mnie pozytywnie, jeśli chodzi o wykreowanie tego bohatera. Kyla nie jest idealna i nie zawsze jej się wszystko udawało. Za to duży plus.

Przedstawienie oddziału Zbrojnych jest mocną stroną tej powieści. Daleko im było do rycerskich ideałów, mają swoje za uszami. Spodobało mi się, że podwładni nie są ślepo posłuszni dowódcy. Co prawda zdarzało im się podejmować niesłuszne, często głupie decyzje, lecz dzięki temu nie byli sztuczni i nijacy. Nawet Morht nie jest zrobiony ze złota i zdarzało mu się popełniać błędy.

Nie spodziewałam się, że wątek miłosny będzie do zniesienia. Może nie z wypiekami na twarzy, ale śledziłam losy zakochanych bohaterów. Autorka postarała się, aby ich miłość rozkwitała, a przy tym nie była zbyt nachalna. Choć jest to uczucie typu ‘nienawidzę cię, ale coś mnie do ciebie ciągnie’, to z każdą stroną można było zaobserwować, że postacie coraz bardziej się do siebie zbliżają.

„Zamek Laghortów” to fantasy z ciekawym wątkiem miłosnym, które zasługuje na miano dobrej pozycji. Szału fabularnego raczej nie ma, ale powieść i tak trzyma w napięciu odbiorcę. Czekam z niecierpliwością na kolejny tom i mam nadzieję, że druga część będzie równie dobra, a może nawet lepsza od poprzedniczki.

Za możliwość przeczytania książki "Zamek Laghortów" serdecznie dziękuję autorce.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

17.02.2014

Nominacja do Liebster Blog Award

Nigdy nie bawiłam się w takie "łańcuszki", bo ich po prostu nie lubię :) Jednak dostałam całkiem ciekawe pytania od Optymisty, więc spięłam się w sobie, przezwyciężyłam lenistwo i oto jestem! A tuż obok mnie odpowiedzi :)

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie  obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

1. Jaka książka najbardziej poruszyła twoje serce i dlaczego?
Bitwa pomiędzy „Tae ekkejr!” Ratkiewicz, „Kronikami Marsjańskimi” Bradbury’ego i „Człowiekiem, który pokochał Yngvego” Renberga – fantasy, science fiction i powieść obyczajowa. Chyba minimalnie, ale naprawdę minimalnie, wyprzedza wymienione przeze mnie książki pozycja „Tae ekkejr!”. A dlaczego? Pewnie dlatego że bardzo mało jest książek, w których to przyjaźń jest najważniejsza, nie miłość, czy nawet fabuła. Właśnie to tak mnie urzekło.

2. Twój ulubiony autor?

To jak pytać matkę, które dziecko bardziej kocha :P Uwielbiam Petera V. Bretta, bo miałam okazję go spotkać i uważam, że jest genialnym człowiekiem. Ubóstwiam też Johna Greena za niesamowite poczucie humoru i niezły kontakt z fanami. Tyle że jest jeszcze John Flanagan, który napisał „Zwiadowców”, serię, za którą dałabym się pokroić. Myślę, że to właśnie on jest moim ulubionym autorem, choć wszyscy wyżej wymienieni napisali przecudowne powieści.

3. Myślałeś/aś kiedyś o napisaniu książki? 
Myślałam, myślę i pewnie nadal będę myśleć. Tyle że najpierw muszę pozbyć się mojego lenistwa :)

4. Na jaki blog zaglądasz najczęściej?
Na swój własny! Ale często odwiedzam też http://gumiguta.tumblr.com/ (eee… bo to też moje dziecko XD ) oraz http://porno-paradiso.blogspot.com/ (niech was nie zwiedzie nazwa :)

5. Z jakim bohaterem literackim chciałbyś/abyś się spotkać?
Z Haltem z serii „Zwiadowcy” oraz z Sherlockiem Holmesem. Obaj są tak samo szurnięci na umyśle, jak ja, więc myślę, że byśmy się dogadali. I przy okazji pokłócili o jakąś pierdołę.

6. Jak wygląda twoja biblioteczka? (daj zdjęcia)
5-6 lat zbierania pieniędzy i wydawania resztek funduszy na książki. I teraz tak to wygląda – głównie fantastyka. Po dwa (ew. trzy) rzędy na jednej półce - wychodzi ok. 240 moich książek i ok. 500 pozycji na półkach rodzicieli, których brak na zdjęciu. Takie 1.5 ściany zapełnione po brzegi książkami :) Plus kilka białych kruków – seria Uczta Wyboraźni, „Harry Potter” po angielsku, a w szczególności bajeczny „Więzień Azkabanu” w cudownym wydaniu, książki Ewy Białołęckiej, „Hamlet”, „Makbet” i „Król Lear” w oryginale, a także w przekładzie Barańczaka oraz „Sherlock: The Casebook” i „Cykl Demoniczny” Bretta z autografem.

7. Jesteś zakochany/a?

Tak. W książkach, serialach, fikcyjnych bohaterach i Tomie Hiddlestonie.

8. Kto zaszczepił w Tobie miłość do książek?

Chyba zrobiła to moja polonistka z podstawówki. Co miesiąc mieliśmy opisywać jeden rozdział lub przygodę bohatera książki, którą sami sobie wybraliśmy. Dla mnie był to przyjemny obowiązek i teraz wdycham książki razem z powietrzem.

9. Co lepsze: Książka vs. film?

Książka – nie ma nic lepszego, choć czasem lubię obejrzeć ekranizacje.

10. Czytujesz komiksy?

Komiksów jako takich nie, choć wiele razy się przymierzałam. Natomiast uwielbiam mangi, więc od czasu do czasu robię sobie przerwę od książek.

11. Twój ulubiony gatunek literacki to?

Fantastyka, a dokładniej fantasy. Staram się czytać science fiction, ale czasami język i rozumowanie jest dla mnie za trudne do ogarnięcia. Lubię też literaturę czeską i rosyjską.

Nominacje: 
http://mirror-of--soul.blogspot.com/
http://ksiazkiiherbata.blogspot.com/
http://sol-shadowhunter.blogspot.com/
http://dzieciemroku94.blogspot.com/
http://licencja-na-czytanie.blogspot.com/
http://sheti-shetani.blogspot.com/
http://boook-reviews.blogspot.com/
http://justbooks17.blogspot.com/
http://ognistastrzala.blogspot.com/
http://moim--zdaniem.blogspot.com/
http://poradnikpozytywnegoczytelnika.blogspot.com/

Pytania: 
- Żałowałaś/eś kiedyś przeczytania jakiejś książki? Dlaczego?
- Pytanie zakładkowe – jaki najdziwniejszy przedmiot używałaś/eś jako zakładki?
- Jest taka powieść, którą chciałabyś/chciałbyś mieć u siebie na półce, lecz zdobycie jej graniczy z cudem?
- Trafiłaś/eś na taką ekranizację książki, która pobiła powieść?
- Książka/seria, za którą dałabym/dałbym się pokroić, to…
- Spotkałaś/eś się kiedyś z jakimś pisarzem? Jeśli tak, to które spotkanie wspominasz najmilej?
- Kupujesz, wypożyczasz, czy może dostajesz książki od wydawnictw – co częściej?
- Lektury nie cieszą się zbytnią sympatią, ale może masz swoich ‘szkolnych’ faworytów, których uwielbiasz?
- Czytasz książki w oryginale?
- Gdzie najczęściej czytasz powieści?
- Oprócz czytania książek, co jeszcze cię pozytywnie nakręca?

Trochę się rozpisałam, ale macie - nawet jest fotka jakości zestarzałego ziemniaka! Może ktoś odpowie na moje pytania, może nie, to się okaże :)

Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

12.02.2014

Recenzja: Grim. Pieczęć Ognia


Tytuł: Grim. Pieczęć Ognia
Autor: Gesa Schwartz
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 8/10

Ludzie od wieków są przekonani, że świat, w którym egzystują, jest jedyny w całym wszechświecie. Niektórzy szukają na niebie planet, które mogłyby być zamieszkane przez rozumne istoty. Czasami jednak warto oderwać wzrok od sklepienia niebieskiego i spojrzeć w głąb ziemi, gdzie czają się niepojęte stwory…

Pod wielką, francuską metropolią, Paryżem, mieści się jeszcze jedno równie ogromne miasto – Ghrogonia. Ludzie nie mają pojęcia o istnieniu tego miejsca, a jedynie nieliczni czują, że nie są sami, wędrując uliczkami Paryża. Rodowitymi mieszkańcy podziemnego świata są Gargulce, które ludziom kojarzą się tylko z architekturą i zabytkami. Te niewidoczne dla naszego oka istoty chronią nas przed wszelakimi niebezpieczeństwami, a także samych siebie, aby ludzie nigdy nie odkryli Innoświata. Jednym z naburmuszonych i narzekających na wieczny deszcz gargulców jest Grim, najlepszy z jednostki Cienioskrzydłych. Na świece są jednak osoby, które zakłócają porządek, gdyż są hartydami – ludźmi, którzy potrafią dostrzec istoty Innoświata. Pewnego dnia Grim jest świadkiem nietypowej sytuacji, a mianowicie spotkania gargulca, Moiry, i człowieka. Kodeks wyraźnie mówi, że jest to przewinienie na miarę zdrady, lecz Moira nakazuje mu chronić owego Jakuba, co dla Grima jest rzeczą niezrozumiałą, jednak ze względu na długą przyjaźń decyduje się osłaniać człowieka. Oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem, a Jakub zostaje zamordowany. W szpony Grima wpada młodziutka Mia, siostra hartydy, oraz tajemniczy pergamin, który może otworzyć tylko ona. Okazuje się, że nie jest to byle świstek papieru. Harmonia dwóch światów w niedalekiej przyszłości może zostać zakłócona, a ludzie i stwory Innoświata zetrą się ze sobą w krwawej walce o dominację nad Ghrogonią i Paryżem.

Aż trudno uwierzyć, że jest to debiut niemieckiej autorki. Zazwyczaj pierwsze powieści nie są zbyt pokaźne, liczą ok. 300 stron, czasami nieco więcej. Gesa Schwartz przełamała stereotypy – „Pieczęć Ognia” zawiera ok. 700 stron! Trzeba przyznać, że jest to zacna i nieprzesadzona objętość. Wiele razy spotykałam się też z pokaźnymi tomiszczami, które jednak miały swoiste ‘zapychacze kartek’. A tu pusta strona, tutaj jakiś obrazek, dodatkowe miejsce na nowości wydawnicze, a litery były widoczne nawet z 2 metrów. W pierwszym tomie „Grima” nie uświadczymy tych rzeczy, więc od razu możemy zauważyć, że objętość książki jest tylko i wyłącznie zasługą autorki.

Wielu osobom wydaje się, że książkowe ‘cegły’ będą nużące i bardzo zawiłe. Gesa Schwartz już na początku przekonuje czytelnika, że w „Pieczęci Ognia” nie ma miejsca na nudę. Głównym bohaterom obce są domowe pielesze, przez co często nieświadomie pakują się w kłopoty i zbaczają na ścieżki, po których nie warto się pałętać. Autorka ma pełne pole do popisu i to wykorzystuje, wprowadzając coraz to nowsze przygody. Książka nie jest w żaden sposób niezrozumiała czy pogmatwana. Pisarka trzyma się jednego toru wydarzeń i specjalnie nie zbacza z kursu. To nie powieść pisana z perspektywy kilku osób, co nie oznacza, że brakuje w niej drugoplanowych bohaterów.

Uważam, że główne postacie, Grim i Mia, są genialne wykreowane. Nie chodzi mi o wygląd, ale o osobowość i ich zachowania. Gargulec liczący sobie 200 lat nie zachowuje się jak nastolatek w okresie dojrzewania, lecz też nie jest nazbyt poważny. Ma swoje humory, często narzeka i psioczy na innych, lecz w gruncie rzeczy pod kamienną skorupą kryją się też pozytywne uczucia. Ładnie to zostało skomponowane, przez co Grim nie jest sztuczną istotą i bezmózgim zabijaką. To samo tyczy się Mii. Kiedy widzę młodą dziewczynę, którą los wystawił na próbę, boję się, że autor zrobi z niej naiwną małolatę lub ‘złotą rączkę’, której nie straszne są nawet mordercze hordy żołnierzy. Przy okazji ratuje rodzinę, świat i miłość życia. Psychicznie przygotowałam się na taką wersję wydarzeń, a tu totalne zaskoczenie. Wiadomo, Mia nie jest tchórzem, ale ma serce i swój rozum. Często stawia na swoim, ale też ma chwile słabości; nie zapomina o swoich bliskich i nie leci za Grimem jak zauroczona dziewucha. Obie te postacie świetnie ze sobą współgrają, a ich dialogi nieraz doprowadzały mnie do śmiechu.

Autorka zaserwowała nam pokaźne ilości opisów miejsc i bohaterów. Widać, że Gesa Schwartz ma wielką wyobraźnię i potrafi swoje pomysły przelać na papier. Groghonia i inne fantastyczne miejsca oraz wygląd drugoplanowych postaci są przedstawione w barwny i niezwykle ciekawy sposób. Pisarka nie kończy opisu na krótkim ‘o, tu jest taki a taki budynek’, lecz rozwija swoją myśl i nadaje ducha temu miejscu. Postarała się także, przedstawiając niektórych bohaterów powieści. Miejscami zastanawiałam się, skąd brała inspiracje, gdyż wygląd wielu postaci był nieziemski. Z chęcią zobaczyłabym te stwory na własne oczy.

Jednak nie wolno zrażać się do opisów. Sama nie jestem zwolenniczką ciągłego przedstawiania sytuacji czy obiektów, lecz w „Pieczęci Ognia” aż chce się to czytać. Uwalniają naszą wyobraźnię i odkrywają przed nami świat Ghrogonii. Gesa Schwartz pisze pięknie i hipnotyzuje odbiorcę słowami. Dodaje do tej całej mieszaniny nutkę humoru, kryminału i psychologii. Skomponowała to idealnie, a spod jej pióra wyszło coś niesamowitego.

„Pieczęć Ognia” polecam głównie zwolennikom fantasy, gdyż nie każdy jest w stanie znieść tyle imaginacji w jednym dziele. Pomysłowość autorki nie zna granic i mam nadzieję, że kolejny raz zaskoczy mnie w następnym tomie „Grima” pt. „Dziedzictwo Światła”.

Za możliwość przeczytania „Grim. Pieczęć Ognia” serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

09.02.2014

Zapowiedzi - luty 2014

Postanowiłam dodać coś więcej na blogu, a mianowicie zapowiedzi książek, które mnie interesują. Co miesiąc będę publikowała kilka pozycji, które nieźle się zapowiadają. Może nie będę odosobniona w swoim wyborze :) Na co Wy czekacie? 

A oto moi faworyci! - Zuza B (Gumiguta)

Tytuł: Brudne ulice nieba
Autor: Tad Williams
Wydawnictwo: Rebis
Premiera: 17 lutego
Dwa główne powody, dlaczego pragnę jak najszybciej przeczytać tę książkę:
- Anioły. Jestem totalnie zakochana w skrzydlatych, którzy nie są kochankami ziemskich nastolatek. Niech zachowują się jak ludzie: mają swoje słabości, wady i pożądania. W końcu nikt nie jest idealny, prawda?
- W końcu autor pojawi się w Polsce na Pyrkonie :) Trzeba przeczytać choć jedną jego książkę, aby wiedzieć z kim ma się do czynienia.


Tytuł: Bransoletka z kości
Autor: Kevin Carossley-Holland
Wydawnictwo: Bellona
Premiera: 14 lutego
Uwielbiam Skandynawię i wszystko to, co się z nią wiąże. Martwi mnie jedynie wiek bohaterki (15 lat), ale jak na razie jestem dobrej myśli. :) Piękne w niej jest to, że Solveig nie wydaje się dziewczyną, która lata z toporem i atakuje z rozmachem wrogów, ale poznaje siebie poprzez podróż.

Tytuł: Mapa czasu
Autor: Felix J. Palma
Wydawnictwo: Sonia Draga
Premiera: 19 lutego
Podróże w czasie są fascynujące, jeśli tylko autor zachowuje umiar i wyjaśnia niektóre zjawiska. Mam nadzieję, że szybko dostanę ją w moje ręce i nie zawiodę się. Już samo miejsce akcji nastraja pozytywnie (Londyn), a XIX wiek jeszcze dodaje pikanterii.


Tytuł: Chłopaki Anansiego
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: MAG
Premiera: 21 lutego
Gaiman... Co tu dużo mówić? Szykuje się nam wiele absurdu i cudowny świat, choć nie zawsze normalny. "Amerykańscy Bogowie" już się we mnie wpatrują ze swojego miejsca na półce. Niedługo zapewne ukaże się recka. :)




Tytuł: Trupia otucha
Autor: Dan Simmons
Wydawnictwo: MAG
Premiera: 21 lutego
Może i jest to fantastyka, ale według mnie bliżej jej do powieści psychologicznej. Simmons zapewne jeszcze raz pokaże, że jest w stanie zrobić coś z niczego, a przy tym wniknąć w umysł bohatera. Czeka mnie sporo nieprzespanych nocy. :)



Tytuł: Czerwony Rynek
Autor: Scott Carney
Wydawnictwo: Czarne
Premiera: 23 lutego
"Czerwony Rynek" niestety nie jest fantastyką, a reportażem. Pokazuje, że ludzie potrafią dokonać strasznych rzeczy dla pieniędzy lub nieskazitelnego wyglądu. Może nie będzie to powieść, w której prym będą wiodły pościgi, wybuchy i romans, ale wierzę, że tekst Carney'a otworzy zarówno mi i innym ludziom oczy na otaczający nas świat.
Udostępnij ten wpis

08.02.2014

Coś ciekawego - Zapowiedź



"Historia Hanki – młodej dziewczyny, która dopiero co ukończyła studia i przeprowadziła się do odziedziczonego po ciotce mieszkania w Warszawie. Na nieszczęście, mieszkanie owo znajduje się w sąsiedztwie agencji towarzyskiej „Syrenka”, co jest dla Hanki przyczyną niejednego kłopotu. Właściciel agencji, Alek, próbuje wykurzyć Hankę z mieszkania, aby dzięki temu powiększyć swój lokal. Dziewczynę ratuje przyjaźń z Rychem, ochroniarzem z „Syrenki”. Hanka w poszukiwaniu pracy rozsyła swoje CV po licznych korporacjach. Zostaje zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną do agencji reklamowej. Szczęśliwa dziewczyna pędzi na spotkanie, na którym okazuje się, że przez nieuwagę aplikowała na stanowisko sprzątaczki. Sytuacja finansowa zmusza ją do przyjęcia oferty. Praca przez dwie godziny z samego rana pozwala jej jednocześnie zajmować się wytwarzaniem biżuterii artystycznej, którą później sprzedaje handlarkom na targu. Nowy pracodawca Hanki z wyglądu bardzo przypomina znanego aktora. Okazuje się, że dorabia on sobie, bywając na różnego typu spotkaniach towarzyskich, podczas których podszywa się pod aktora. Proponuje Hance, aby towarzyszyła mu weekendami podczas tych spotkań, ponieważ nie wypada, aby „celebryta” pojawiał się samotnie. Wyjazdy te zapewniają Hance dodatkowe pieniądze, jednak..."

Będę miała okazję przed premierą przeczytać książkę Michaliny Kłosińskiej-Moedy pt.  "Kota lubi szanuje". Premiera zaplanowana jest na 18 lutego 2014 roku. Za niecałe 10 dni przekonacie się, dlaczego akurat koty grają tutaj pierwsze skrzypce.
Za możliwość przeczytania „Kota lubi szanuje” dziękuję wydawnictwu Replika.

Opis zaczerpnięty z portalu Lubimy Czytać

Udostępnij ten wpis

Recenzja: Wyspy Legerdy. Tom I. Żelazny Łuk


Tytuł: Wyspy Legerdy. Tom I. Żelazny Łuk

Autor: Kamil Kasprzak
Wydawnictwo: Poligraf
Ocena: 7/10

Historia zaczyna się niewinnie, w domu ciotki Kate Woderforst. W tym miejscu przebywa rodzeństwo Reivonsów – Agran i Aulina – oraz ich liczne kuzynostwo. Jednak spokojny odpoczynek zostaje zakłócony przez napaść wściekłych wilkołaków. Okazuje się, że Kate Woderforst przepadła jak kamień w wodę, a całe kuzynostwo budzi się w obcym świecie – Legerdzie. Błąkających się po lesie wędrowców, spotyka król krainy zwanej Titor, który pragnie, aby odnaleźli legendarny i zapomniany Żelazny Łuk. Podania głoszą, że jest to artefakt, dzięki któremu można przenieść się na ziemie poza Legerdą. Czeka na nich wiele niebezpieczeństw i pułapek, ale też sprzymierzeńców, którzy przybędą im z pomocą. Nikt nie łudzi się, że będzie to łatwa misja. A jednak wierzą w to, że gdzieś na tajemniczej Wyspie Diabelskiej spotkają ostatniego właściciela Żelaznego Łuku.

Książka „Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk” nie grzeszy objętością, lecz nie oznacza to, że jest niekompletna czy wybrakowana. Zacznę od wykreowanego przez autora świata. Widać, że Kamil Kasprzak czerpał z różnych wierzeń i kultowych powieści fantastycznych. Nie mam mu tego za złe, gdyż, choć niektóre rzeczy są mi znajome, to jednak całość jest jego wytworem. Opisy nie były zbyt długie, ani też za krótkie, więc bez problemu mogłam wyobrazić sobie poszczególne miejsca. Wyspy i krainy, przez które podążają Wędrowcy, z jednej strony baśniowe, lecz czasami czytelnik natknie się na mroczne momenty. Słodkości tutaj nie uświadczymy, lecz dla horroru także nie ma w „Żelaznym Łuku” miejsca. Według mnie to właśnie świat i wyobraźnia autora są najmocniejszymi stronami powieści.

Bohaterów jest wielu, nawet jeśliby popatrzeć tylko na głównych. Samo kuzynostwo liczy sobie kilka osób. Przez całą książkę przewija się mnóstwo postaci drugoplanowych, które są bardzo barwne i ciekawe. Niestety nie zżyłam się z żadnym bohaterem powieści, gdyż było ich za dużo. A szkoda, gdyż z chęcią przyjrzałabym się chociażby rodzeństwu Reivonsów, które moim zdaniem nie było należycie przedstawione.

Akcja nabiera tempa już od samego początku. Na Obrońców czeka mnóstwo niebezpieczeństw, a autor nie oszczędzał bohaterów „Żelaznego Łuku”. W każdym rozdziale coś się dzieje, a historia nie jest monotonna i jałowa. Znajdziemy też momenty względnego spokoju, kiedy to możemy przypatrzeć się bohaterom, lecz jest ich stosunkowo mało. Ta książka została zdominowana przez wartką akcję, co działa na jej korzyść.

Język i styl bardzo mi odpowiada – nie jest trudny ani zawiły. Niektórzy bohaterowie wyrażają się wręcz baśniowo. Jeśli weźmiemy do ręki jakąkolwiek starą baśń, to od razu możemy zauważyć, że to nie jest typowa, współczesna proza. Niektóre słowa są przestawione lub zamienione na bardziej uroczyste wyrazy. Wyobraźnia autora znowu daje się we znaki za sprawą różnych pieśni czy wierszy, a wiele ich naliczyłam. Powieści Kasprzaka nadaje to osobliwego uroku. Niestety są też i zgrzyty, np. w nadmiernym używaniu nawiasów. Z powodzeniem mogłyby one być zastąpione przez przecinki albo też można by było też stworzyć kolejne zdanie.

Po raz kolejny przekonałam się, że polscy autorzy nie są gorsi od zagranicznych pisarzy. Dodam, że jest to debiut Kamila Kasprzaka, lecz bardzo udany. Połączenie tradycyjnego fantasy, horroru, baśni oraz kryminału zdało egzamin na piątkę z plusem. Książka kończy się w kulminacyjnym momencie, więc z niecierpliwością czekam na kolejny tom „Wysp Legerdy”.

Za możliwość przeczytania „Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk” dziękuję autorowi.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

04.02.2014

Recenzja: Gwiazd naszych wina


Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green

Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 10/10

Nastoletnia Hazel od lat zmaga się z nowotworem, który może powrócić każdego dnia. Dziewczyna najlepiej czuje się w domu z książką w ręku lub przed telewizorem oglądając kolejne odcinki „America’s Next Top Model”. Nie ufa ludziom, a jednak jej rodzice namawiają ją do uczęszczania na zajęcia grupy wsparcia. Nie dość, że nie toleruje narzekających, dwunożnych istot, to jeszcze musi nosić butlę tlenową pokaźnych rozmiarów. Podczas jednego ze spotkań Hazel natrafia na Augustusa, który wydaje się być nią bardzo zainteresowany. To nowość dla dziewczyny z rakiem tarczycy, której jedynymi przyjaciółmi od wielu lat były przeróżne tabletki. Tak zaczyna się historia dwójki młodych ludzi, którzy z każdym dniem poznają siebie i otaczający ich świat.

Do książki podchodziłam dość sceptycznie. Rzadko kiedy sięgam po powieści obyczajowe, a szczególnie z wątkiem miłosnym. Zdecydowanie wolę mityczne stwory i fantastyczne istoty. Nie byłam przekonana do „Gwiazd naszych wina” także dlatego że już wtedy John Green był znany i wychwalany pod niebiosa. Gdzieś musi być haczyk… I jeszcze te wszystkie teksty, które zazwyczaj mnie odstraszają: NAJLEPSZA KSIĄŻKA ROKU, GENIALNA POWIEŚĆ itp. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak z tą pozycją. A jednak sięgnęłam po nią, gdy tylko biblioteka zaopatrzyła się w egzemplarz. Do dzisiaj cieszę się, że udało mi się dorwać „GNW”, gdyż prawdopodobnie nigdy bym nie poznała Johna Greena.

„Gwiazd naszych wina” nie jest powieścią fantastyczną i nie chodzi mi tylko o brak latających smoków i ostrouchych elfów. Często w powieściach mamy przekoloryzowane postacie, które wydają się, jakby zostały wyjęte wprost z bajki. Nieskazitelna i nieprawdopodobnie piękna księżniczka oraz honorowy i przystojny książę. Jeżeli czytelnik oczekuje perfekcyjności w zachowaniu, wyglądzie czy osobowości bohaterów, to na pewno się zawiedzie. Mam jednak nadzieję, że żaden z nas nie pragnie w powieści wyidealizowanego świata, a ludzi z krwi i kości, którzy popełniają błędy i nie radzą sobie z niektórymi sprawami. Ten brak perfekcyjności jest pogłębiony poprzez choroby, które dotykają główne postacie. Wszystko to sprawia, że czytając książkę, czułam, jakby Hazel, Agustus, Isaac i inni byli moimi kumplami, z którymi zaliczałam wzloty i upadki.

Co do samej choroby, to jestem niezmiernie wdzięczna Greenowi za to, że nie zdominowała ona powieści. To ważny element, ale autor zdrowo podszedł do niej. Bohaterowie nie leżą bezczynnie i nie czekają na śmierć. Starają się żyć normalnie jak na swój wiek. Same postacie podchodzą do swoich dolegliwości dość ironiczne, co możemy zauważyć chociażby w wypowiedziach Augustusa, który co rusz „dogryza” swoim dolegliwościom.

Zakochałam się w stylu pisana Johna Greena. Tłumaczowi także należą się wielkie brawa, gdyż potrafił przełożyć na nasz język te śmieszne, a także smutne momenty. Potrafiłam wczuć się w sytuację bohaterów. Język nie jest trudny. „Gwiazd naszych wina” to książka dla młodzieży, więc pisarz musiał dostosować się do tej grupy odbiorców. Nie jest to język dziecinny, ani też wyszukany – taki w sam raz. Nie oznacza to jednak, że dorośli będą uważać książkę za infantylną. Stosunkowo prosty język nie jest wadą, a wręcz zaletą, gdyż można skupić się na fabule, a nie na naukowych wyrażeniach .

Pierwsze strony „Gwiazd naszych wina” nie były dla mnie zaskoczeniem. Fabuła kroczyła takim torem, jakim się spodziewałam, ale od połowy nie zgadzała się z moimi zamierzeniami. Miejscami chciałam coś dopisać, coś zmienić, byleby tylko nie doprowadzić do nieuchronnego końca. To jak wycieczka w egzotyczne kraje – przewodnik pokazuje ci piękne rośliny, a całość eksploduje gamą barw. W końcu jednak zauważasz śmiertelnie niebezpiecznego węża i wiesz, że twój los jest przesądzony.

John Green sprawił, że zalałam się łzami, a weekend został zdominowany przez wyzywanie autora i szukanie kolejnych jego książek. To jeden z tych autorów, których kocha się za to, co stworzyli, ale jednocześnie też nienawidzi. „Gwiazd naszych wina” przeczytałam już kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz napisałam jej recenzję. Dlaczego? Chciałam się przekonać, czy rzeczywiście ta książka jest najlepszą w dorobku Johna Greena. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gwiazd naszych wina” jest jego najlepszym dziełem, które chwyta za serce i nie pozwala spać po nocach.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

02.02.2014

Stosik lutowy

Wybaczcie jakość zdjęcia, ale było ono robione ziemniakiem i to jeszcze nie pierwszej świeżości. Ale stosik jest i to całkiem pokaźny :)
Od góry:
  • "Czarny Anioł" - Graham Masterton - wymiana na LC. Na razie książka czeka w kolejce, ale moja rodzicielka się do niej dorwała. Po kilku stronach stwierdziła: "Pisze tak brutalnie, że on sam chyba jest psychopatą". Jednak czyta i strasznie się jej podoba. :)
  • "Elfy" - Bernhard Hennen - skutek buszowania w bibliotece. Elfy moją miłością, więc koniecznie muszę zapoznać się z tą książką.
  • "Mocarstwo" - Marcin Wolski - Polska jako potęga polityczna? Why not? :)
A teraz 4 cudeńka upolowane w Empiku podczas promocji 2 za 1 na "Ucztę Wyobraźni":
  • "Wurt" - Jeff Noon - zapowiada się na nieźle pokręconą i narkotyczną książkę. Już niemłoda powieść, która podobno nadal jest aktualna i niebezpieczna.
  • "Ciemny Eden" - Chris Beckett - wybierałam pół godziny, aż w końcu zdecydowałam się na tę książkę. Obym nie żałowała tego wyboru. :)
  • "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" oraz "Opowieści sieroty. W miastach monet i korzeni" - Catherynne M. Valente - kocham, wielbię i ubóstwiam twórczość Valente. Baśń nakrapiana bogatym językiem i mrocznymi opowieściami.
Kontynuujmy...:
  • "Wybór opowiadań" - Edgar Allan Poe - kolejna udana wymiana na LC. Czas zapoznać się z tekstami amerykańskiego mistrza.
  • "Play" - Javier Ruescas - egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Jaguar. Miłość z perspektywy faceta? To coś nowego :)
  • "Badacz potworów" - Rick Yancey - j.w. Coś na kształt "Kronik Wardstone", które uwielbiam, więc nie mogłam przegapić i tej książki.
Na koniec e-booki:
  • "Wyspy Legerdy. Żelazny Łuk" - Kamil Kasprzak - prosto od autora. Już niedługo pojawi się recenzja :)
  • "Zamek Laghortów" - E.M Thorhall - także egzemplarz autorski. Powieść z gatunku fantasy, która zapowiada się całkiem nieźle.
I jak się Wam podoba? Czytaliście jakąś książkę z tego zestawienia?
Zuza B (Gumiguta)
Udostępnij ten wpis

01.02.2014

Recenzja: Szukając Alaski


Tytuł: Szukając Alaski
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 7/10

Młody mieszkaniec Florydy, Miles Halter, zdaje sobie sprawę, że jest życiowym nieudacznikiem. Na co mu znośne stopnie w szkole i znajomość ostatnich słów sławnych ludzi, skoro nie ma przyjaciół ani dziewczyny. Tylko rodzice nadal wierzą, że jest on szkolną gwiazdą, na którą każdy spogląda z zazdrością. Podczas przyjęcia pożegnalnego, tuż przed wyjazdem do szkoły z internatem, okazuje się jednak, że Miles raczej nie zalicza się do celebrytów. Sam fakt, że nikt ze „szkolnych przyjaciół” nie zjawił się na imprezie, mówi sam za siebie. Chłopak siedząc z rodzicami na kanapie i pałaszując chipsy w dipie karczochowym, postanawia odnaleźć „Wielkie Być Może”. Właśnie dlatego wyjeżdża do szkoły w Alabamie, aby w niej odnaleźć sens życia. W poszukiwaniu „Wielkiego Być Może” pomagają mu: piękna Alaska, zdziczały Pułkownik i kilkoro innych kumpli. Czy Miles odnajdzie siebie, a także odkryje tajemnice nowych przyjaciół? A może to wszystko okaże się kłamstwem, a „Wielkie Być Może” nic nieznaczącą dewizą w życiu chłopaka…

„Szukając Alaski” to debiut Johna Greena i to widać. Miałam nieodparte wrażenie, że czytam niedopracowaną wersję „Papierowych miast”. Humor autora nie był tak uwydatniony, a powieść nie wzbudziła we mnie żadnych skrajnych emocji. Owszem, przeczytałam ją jednym tchem, ale nie jest to książka, która zmieniła moje życie.

Nie oznacza to, że „Szukając Alaski” jest złą pozycją do czytania. Przez ponad 300 stron Green trzymał poziom i podawał czytelnikowi coraz to nowsze przygody trójki przyjaciół. Refleksje bohaterów są dobrze wkomponowane w akcję. Nie ma więc wyścigu szczurów, a tuż po tym kilku stron rozmyślań głównych postaci. Zostało to ładnie rozłożone, przez co żaden rozdział nie posiadał swoistej luki.

Bohaterowie powieści są według mnie fantastyczni. Alaska może i jest czasami zbyt idealna, ale taki już jej urok. Rzadko zdarza się, aby postać kobieca nie denerwowała mnie swoim zachowaniem. Alasce udało się przełamać złą passę. Nie tylko ona zasługuje na uwagę. Miles, mimo że początkowo wydaje się tchórzliwym i bezpłciowym nastolatkiem, ma wiele do powiedzenia. Tak samo z Pułkownikiem, w którym po prostu się zakochałam. Ujął mnie swoim stylem bycia, choć nie był księciem z bajki. Nie myślałam, że wszyscy oni zarobią na specjalne miejsce w moim książkowym sercu.

Chyba wiele osób ze mną się zgodzi, iż fabuła jest prosta i niezbyt wyszukana. Jednak John Green znowu mnie oczarował i sprawił, że sztampowość przerodziła się w coś oryginalnego. Chwała mu za to, gdyż z doświadczenia wiem, że wiele pomysłów, które już się kiedyś pojawiły, będą powtórzone bez żadnej nutki świeżości. W „Szukając Alaski” jest coś odkrywczego, coś, co buduje napięcie i nie pozwala oderwać się od książki. Nie tylko z pozoru powielona już fabuła, ale też język i delikatny humor postaci były tymi elementami, które czytelnik na pewno doceni.

Żałuję jednej rzeczy, a mianowicie tego, że autor chyba nieco zagubił się pisząc „Szukając Alaski”. Czasami miałam wrażenie, że niektóre akcje czy rozwiązania nie wnosiły do książki nic, co by miało związek z fabułą. Z drugiej strony miało to swój urok, gdyż przez to powieść nie posiadała czysto refleksyjnego aspektu.

Fani Johna Greena nie będą zawiedzeni, ale myślę, że czytelnicy, którzy pierwszy raz sięgną po literaturę tegoż autora, mogą oczekiwać nieco więcej po światowej sławy pisarzu. Jednakże trzeba mu wybaczyć nieliczne potknięcia. Jak na debiutanta, John Green spisał się znakomicie i młodzi ludzie, którzy szukają czegoś więcej w książkach niż tylko rąbanki i walki ze złem, pokochają Milesa, Pułkownika oraz Alaskę.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta) 
Udostępnij ten wpis
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.