04.02.2014

#30 Recenzja: Gwiazd naszych wina


Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green

Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 10/10

Nastoletnia Hazel od lat zmaga się z nowotworem, który może powrócić każdego dnia. Dziewczyna najlepiej czuje się w domu z książką w ręku lub przed telewizorem oglądając kolejne odcinki „America’s Next Top Model”. Nie ufa ludziom, a jednak jej rodzice namawiają ją do uczęszczania na zajęcia grupy wsparcia. Nie dość, że nie toleruje narzekających, dwunożnych istot, to jeszcze musi nosić butlę tlenową pokaźnych rozmiarów. Podczas jednego ze spotkań Hazel natrafia na Augustusa, który wydaje się być nią bardzo zainteresowany. To nowość dla dziewczyny z rakiem tarczycy, której jedynymi przyjaciółmi od wielu lat były przeróżne tabletki. Tak zaczyna się historia dwójki młodych ludzi, którzy z każdym dniem poznają siebie i otaczający ich świat.

Do książki podchodziłam dość sceptycznie. Rzadko kiedy sięgam po powieści obyczajowe, a szczególnie z wątkiem miłosnym. Zdecydowanie wolę mityczne stwory i fantastyczne istoty. Nie byłam przekonana do „Gwiazd naszych wina” także dlatego że już wtedy John Green był znany i wychwalany pod niebiosa. Gdzieś musi być haczyk… I jeszcze te wszystkie teksty, które zazwyczaj mnie odstraszają: NAJLEPSZA KSIĄŻKA ROKU, GENIALNA POWIEŚĆ itp. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak z tą pozycją. A jednak sięgnęłam po nią, gdy tylko biblioteka zaopatrzyła się w egzemplarz. Do dzisiaj cieszę się, że udało mi się dorwać „GNW”, gdyż prawdopodobnie nigdy bym nie poznała Johna Greena.

„Gwiazd naszych wina” nie jest powieścią fantastyczną i nie chodzi mi tylko o brak latających smoków i ostrouchych elfów. Często w powieściach mamy przekoloryzowane postacie, które wydają się, jakby zostały wyjęte wprost z bajki. Nieskazitelna i nieprawdopodobnie piękna księżniczka oraz honorowy i przystojny książę. Jeżeli czytelnik oczekuje perfekcyjności w zachowaniu, wyglądzie czy osobowości bohaterów, to na pewno się zawiedzie. Mam jednak nadzieję, że żaden z nas nie pragnie w powieści wyidealizowanego świata, a ludzi z krwi i kości, którzy popełniają błędy i nie radzą sobie z niektórymi sprawami. Ten brak perfekcyjności jest pogłębiony poprzez choroby, które dotykają główne postacie. Wszystko to sprawia, że czytając książkę, czułam, jakby Hazel, Agustus, Isaac i inni byli moimi kumplami, z którymi zaliczałam wzloty i upadki.

Co do samej choroby, to jestem niezmiernie wdzięczna Greenowi za to, że nie zdominowała ona powieści. To ważny element, ale autor zdrowo podszedł do niej. Bohaterowie nie leżą bezczynnie i nie czekają na śmierć. Starają się żyć normalnie jak na swój wiek. Same postacie podchodzą do swoich dolegliwości dość ironiczne, co możemy zauważyć chociażby w wypowiedziach Augustusa, który co rusz „dogryza” swoim dolegliwościom.

Zakochałam się w stylu pisana Johna Greena. Tłumaczowi także należą się wielkie brawa, gdyż potrafił przełożyć na nasz język te śmieszne, a także smutne momenty. Potrafiłam wczuć się w sytuację bohaterów. Język nie jest trudny. „Gwiazd naszych wina” to książka dla młodzieży, więc pisarz musiał dostosować się do tej grupy odbiorców. Nie jest to język dziecinny, ani też wyszukany – taki w sam raz. Nie oznacza to jednak, że dorośli będą uważać książkę za infantylną. Stosunkowo prosty język nie jest wadą, a wręcz zaletą, gdyż można skupić się na fabule, a nie na naukowych wyrażeniach .

Pierwsze strony „Gwiazd naszych wina” nie były dla mnie zaskoczeniem. Fabuła kroczyła takim torem, jakim się spodziewałam, ale od połowy nie zgadzała się z moimi zamierzeniami. Miejscami chciałam coś dopisać, coś zmienić, byleby tylko nie doprowadzić do nieuchronnego końca. To jak wycieczka w egzotyczne kraje – przewodnik pokazuje ci piękne rośliny, a całość eksploduje gamą barw. W końcu jednak zauważasz śmiertelnie niebezpiecznego węża i wiesz, że twój los jest przesądzony.

John Green sprawił, że zalałam się łzami, a weekend został zdominowany przez wyzywanie autora i szukanie kolejnych jego książek. To jeden z tych autorów, których kocha się za to, co stworzyli, ale jednocześnie też nienawidzi. „Gwiazd naszych wina” przeczytałam już kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz napisałam jej recenzję. Dlaczego? Chciałam się przekonać, czy rzeczywiście ta książka jest najlepszą w dorobku Johna Greena. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gwiazd naszych wina” jest jego najlepszym dziełem, które chwyta za serce i nie pozwala spać po nocach.

Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

9 komentarzy:

  1. Ciągle nie przeczytałam tej książki, a tu już trailer ekranizacji się pojawił. Może w końcu znajdę chwilę, żeby to nadrobić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam tę książkę, nie mogę się doczekać filmu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Stoi u mnie na półce i czeka na swoją kolej... ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak tutaj... liściasto i... zielono ;D Ah... GNW kocham, książka jest mega wzruszająca i mega dobra... ba! Jest zajebista!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od wczoraj już nielegalna, bo nie kalendarzowa, wiosna, na termometrach ok. 10 stopni, więc i wystrój bloga zmieniłam :) Mam nadzieję, że się podoba :) A "GNW" to iście zajebiście napisana książka!

      Usuń
  5. Genialna książka, czytałam i po prostu jestem MEGA zadowolona.

    weronine-library.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Skoro taka zajebista to ja też muszę ją przeczytać! :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Słyszałam naprawdę wiele dobrego o tej książce i nie mogę się doczekać, kiedy sama się z nią zapoznam!

    OdpowiedzUsuń
  8. No już w tej połowie roku muszę to przeczytać, zanim jeszcze film wejdzie do kin, ale wpierw "Szukając Alaski" :) Nie mogę się doczekać lektury tych książek.

    OdpowiedzUsuń

Wywiad 2/2017

Dziś mam dla Was bardzo miłą niespodziankę . Wywiad z bardzo niesamowitą i przemiłą autorką, która miałam okazję poznać osobiście z T...