17.06.2014

#47 Recenzja: Holmes Sweet Home

#47 Recenzja: Holmes Sweet Home


Tytuł: Pusty dom Sherlocka

Autor: praca zbiorowa

Data wydania: 6 maja 2014
Wydawnictwo: REA-SJ

Sir Conan Arthur Doyle jest ikoną nie tylko brytyjskiej, ale też światowej literatury. Wykreowana przez niego postać ekscentrycznego detektywa Sherlocka Holmesa nie została zapomniana nawet po niemal 130 latach od pojawienia się na kartach „Studium w szkarłacie”. Teraz jednak wspomnienie o Sherlocku Holmesie może zostać w pewnym stopniu zatarte, gdyż dom sir Arthura Conana Doyle’a, zwany Undershaw, od kilku lat popada w ruinę.

Autor książek o sławnym detektywie mieszkał w Undershaw niedaleko wioski Grayshott w latach 1897–1907. Tam też napisał takie dzieła jak „Pies Baskerville’ów” i „Powrót Sherlocka Holmesa”. Dom, który został zaprojektowany przez samego Doyle’a, jest swoistym miejscem kultu dla wielbicieli postaci Sherlocka Holmesa. Był on świadkiem wskrzeszenia detektywa na kartach powieści. Brytyjski pisarz przyjmował na salony takie znakomitości literatury jak Bram Stoker i E. W. Hornung. Niezaprzeczalnie lata spędzone w Undershaw były dla Doyle’a owocne zarówno w sferze pisarskiej, jak i towarzyskiej. Po przeprowadzce sir Arthura Conana Doyle’a Undershaw zostało przekształcone w hotel. Jednakże w 2004 roku dom sprzedano, a nowy deweloper pragnie na nowo rozplanować zabytek i wybudować wokół niego kilka innych budowli.

Mimo wszystko istnieje szansa dla Undershaw. Organizacja „The Undershaw Preservation Trust” chce przywrócić dawną świetność domowi sir Arthura Conana Doyle’a i zapobiec planom przebudowy. Fundacja ta wpadła na pomysł zorganizowania akcji „Ocalić Undershaw”. Jej patronem i sponsorem jest sam Mark Gatiss, aktor, scenarzysta i współtwórca serialu BBC „Sherlock”. Także właściciele strony internetowej Sherlockology, poświęconej serialowi BBC „Sherlock”, czynnie działają w sprawie ocalenia domu Doyle’a. W tej chwili niemal każdy z nas ma szansę dorzucić swoje kilka groszy, aby ocalić od zapomnienia i zrujnowania zabytkowy Undershaw.

„Pusty dom Sherlocka” jest zbiorem opowiadań i wierszy, które zostały napisane w ramach wsparcia organizacji „The Undershaw Preservation Trust”. Teksty pochodzą z najróżniejszych zakątków świata. Znajdziemy historie prosto z Ameryki i Wielkiej Brytanii, ale też z Rosji czy Belgii. „Pusty dom Sherlocka” został wydany w wielu krajach, m.in. Chinach, Włoszech, Rosji, a teraz także w Polsce. Choć początkowo „Pusty dom Sherlocka” nie miał szansy bytu w naszym kraju, to wydawnictwo REA-SJ zdecydowało się wydać to nietuzinkowe dzieło. Książka została przetłumaczona charytatywnie przez Karolinę Kogut i Katarzynę Jabłońską, a dochody ze sprzedaży zostaną przeznaczone na uratowanie domu sir Arthura Conan Doyle’a.

Za jedyne 19,90 zł jesteśmy w stanie wspomóc akcję „Ocalić Undershaw”. „Pusty dom Sherlocka” będzie dostępny w Empiku i Matrasie od 6 maja 2014 roku. Nie są to wielkie pieniądze, a jednak mogą przyczynić się do zachowania i odnowienia domu sir Arthura Conana Doyle’a. Undershaw jest nie tylko zabytkiem, ale też miejscem, które na zawsze pozostanie w sercu fanów twórczości Doyle’a.

Artykuł napisany na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Artykuł napisany przez: Zuza B (Gumiguta)

16.06.2014

#46 Recenzja: Mariska z węgierskiej puszty

#46 Recenzja: Mariska z węgierskiej puszty


Tytuł: Mariska z węgierskiej puszty
Autor: Consilia Maria
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Ocena: 9 /10

Akcja rozgrywa się na terenie Węgier w roku 1910.  Zwykła, wiejska dziewczyna, Mariska,  zakochuje pasterzu o imieniu Jaros. Historia splata się również z przygodami grajka, który darzy uczuciem córkę hrabiego. Czyja miłość przetrwa? Jak rozegra się ten dramat poprzetykany buntami i wojną?
Wystarczy zamknąć oczy, a usłyszymy węgierskich grajków, ujrzymy rozległe, węgierskie stepy.

Od samego początku widać różnicę między tym dwoma parami , i od początku idzie pokochać obuwie pary i poznać ich styl bycia jak również życia i co dla nich jest najważniejsze.

Autorka mam dość ciężki język i czasami ciężko brnęłam przez kolejne strony. Wprawdzie da się ją zrozumieć, lecz nie ukrywam, że niekiedy męczyłam się, czytając. Pomimo tych trudności, to jednak wciągała mnie coraz bardziej oraz zachęcała do dalszego poznania historii obu par.

Książka nie jest zbyt ckliwa, ale na pewno poruszy serce czytelnika. Fabuła, a także opisy węgierskich krain są fascynujące. Cieszę się, że dowiedziałam się o życiu Węgrów w tamtych czasach, a także o ich wzajemnych relacjach. Podczas czytania można było wcielić się zarówno w skórę prostego pasterza jak i bogatego hrabiego.

5.05.2014

#45 Recenzja: Brudne ulice nieba

#45 Recenzja: Brudne ulice nieba

Tytuł: Brudne ulice nieba
Autor: Tad Williams
Wydawnictwo: Rebis
Ocena: 7/10

Patrząc na niebo, widzimy nieskończony błękit pobrużdżony białymi obłokami. Podobno gdzieś tam jest Niebo, do którego trafiają dusze dobrych ludzi. W wyobrażeniach wielu osób tenże Raj to nieskazitelne i niewyobrażalnie piękne miejsce, w którym każdy jest szczęśliwy. Lecz jest to tylko wizja. A co, jeśli Niebo nie jest tak cudowne? Może anioły mieszkają w miastach, które są łudząco podobne do ludzkich siedzib? Tad Williams podaje czytelnikowi na srebrnej tacy realny obraz fantastycznej społeczności, który niekoniecznie jest czysty i czarujący.

Bobby Dolar z zawodu jest adwokatem, lecz nie takim, jakim go sobie wyobrażamy. Można go nazwać adwokatem Boga, gdyż jego zadaniem jest obrona dusz zmarłych ludzi i odesłanie ich do Najwyższego. Choć wygląda jak człowiek, to jednak jest to tylko przykrywka, gdyż pod ludzką skórą czai się najprawdziwszy anioł. Podczas jednej ze spraw Bobby orientuje się, że coś tu mocno nie pasuje. Okazuje się, że dusza ofiary zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Takie zaniedbanie jest niedopuszczalne i nawet najważniejsze władze anielskiego oraz diabolicznego świata boją się nie tylko o swoje stanowiska, ale i o własne jestestwo. Bobby Dolar może liczyć tylko na swoich przyjaciół, natomiast Niebo i Piekło toczą niemałą wojnę o przeciętnego adwokata.

Od „Brudnych ulic nieba” rozpoczęłam swoją przygodę ze światowej sławy pisarzem, Tadem Williamsem. Mogę uznać tę swoistą wyprawę za udaną, choć nie rewelacyjną. Zadowolona jestem przede wszystkim z warsztatu pisarskiego autora. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest debiutantem i potrafi zainteresować czytelnika słowem. Pisze zrozumiale i używa języka potocznego, a przy tym wszystko jest dopracowane. Przeróżne metafory, porównania i ogólnie bogate słownictwo sprawiają, że odbiorca nie nudzi się i chce poznać dalsze losy bohaterów.

Kolejnym plusem tejże powieści jest humor. Zabawne dialogi czy opisy danej sytuacji lub postaci są odpowiednio wplecione w tekst i w żaden sposób nie przeszkadza to w czytaniu, więcej, wręcz pomaga. Nieraz śmiałam się do rozpuku, czytając kolejne monologi Bobby’ego. Jednakże Williams nie przekracza granicy dobrego smaku i nie używa wulgarnych określeń. Zapewniam, że nikt nie poczuje się urażony bądź zniesmaczony.

Fabuła powieści jest tak skonstruowana, że nawet najwybredniejszy czytelnik da się porwać słowom Tada Williamsa. Co ciekawe, nawet sam odbiorca trzymany jest w niepewności, a narrator wszystkiego nie wyjawia. Nie wiadomo do końca, czy pisarz nie podpuszcza nas i nie podaje fałszywych informacji. Już pierwsze strony powieści dają do zrozumienia, że znużenie będzie dla nas obcym odczuciem. Refleksyjność bohatera zostaje zepchnięta na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się akcja i miejskie porachunki. Przyznam, że jest to dobry zabieg w przypadku „Brudnych ulic nieba”, choć nie każdej książce to służy.

W powieści znajdziemy znikomą liczbę ludzi, a dostrzeżemy dużo więcej aniołów i demonów. Niestety zawiodłam się na kreacji postaci. Są zbyt ludzcy i aż nazbyt podobni do homo sapiens. Liczyłam na to, że, choć miewają chwile słabości, to jednak ich anielska czy diaboliczna moc nadal będzie wyczuwalna. Niestety „Brudne ulice nieba” zrobiły z bohaterów zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy wyróżniają się jedynie tym, że żyją w Niebie. Sam Raj także nie jest cudownie przedstawiony. Wygląda to tak, jakby autor nie miał pomysłu na to miejsce. Czułam niedosyt, gdyż Williams nie postarał się o dokładne wytłumaczenie roli oraz obrazu Nieba. W takiej sytuacji nie poczułam tego klimatu, który był zapowiadany.

„Brudne ulice nieba” nie jest wyciskaczem łez ani też powieścią romantyczną. To porządne urban fantasy, w którym pierwsze skrzypce gra humor, tajemnica i wartka akcja. Już dawno tak się nie bawiłam przy książce, jak przy tym dziele Tada Williamsa. Nie jest to tekst pozbawiony wad, lecz są one na tyle znośne, że czytelnik polubi Bobby’ego oraz jego nietuzinkowe przygody.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

2.05.2014

#44 Recenzja: Złomiarz

#44 Recenzja: Złomiarz


Tytuł: Złomiarz
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: MAG
Ocena: 6/10


Paolo Bacigalupi dał już o sobie znać za sprawą genialnego debiutu. Jego „Nakręcana dziewczyna” podbiła serca wielu miłośników antyutopii. Liczne nagrody za jego twórczość świadczą o jego warsztacie i kreowaniu fabuły. W końcu amerykański autor podjął się dość trudnego zadania, a mianowicie napisania tekstu dla młodzieży. Czy Bacigalupi przekonał mnie do siebie, tak jak to było w przypadku „Nakręcanej dziewczyny”, czy może wręcz przeciwnie – zraził?

Niedaleka przyszłość. Wybrzeże Zatoki Meksykańskiej jest cmentarzyskiem wraków statków. Ogromne tankowce są rozkładane na części, które można sprzedać na czarnym rynku. W jednej z ekip rozbiórkowych pracuje młody Nailer, który pozyskuje miedź dla bezwzględnego szefa. Chłopak żyje z minuty na minutę. Nigdy nie wie, co czai się za zakrętem korytarzy okrętu, ani kto tym razem go zdradzi. W miejscu, gdzie liczy się tylko brudna robota i przeżycie kolejnej nocy, nikt nie liczy się z uczuciami innych. Jednak pewnego dnia szczęście nieśmiało uśmiechnęło się w stronę Nailera. Ogromny huragan zmiótł z powierzchni Ziemi wioskę robotników, lecz na brzegu pojawił się nietypowy skarb – luksusowy kliper. Nailer ma dwa wyjścia: wynieść wszelkie kosztowności ze statku lub uratować bogatą dziewczynę, która mogłaby zmienić jego nędzne życie…

Paolo Bacigalupi znany jest z tego, że jego powieści nie są optymistyczną wersją przyszłości, a niechlubną wersją wydarzeń, które mogą nastąpić za kilkadziesiąt lat. „Złomiarz” to powieść mroczna, lecz przy tym w wielu aspektach realna i niepokojąca. Już na samym początku czytelnik może poczuć tę atmosferę, kiedy to razem z Nailerem przekrada się przełazami statku.

W Polsce wydano najpierw inną powieść Bacigalupiego pt. „Zatopione Miasta”. Nie jest to zgodne z chronologią, gdyż to „Złomiarz” powinien pierwszy zagościć na półkach księgarń. Jednak kolejność nie jest najważniejsza, gdyż te dwie powieści łączy tylko wykreowany świat i drugoplanowe postaci. Całość nie jest na tyle powiązana, aby odbiorca nie mógł przeczytać tylko jednej książki. Natomiast wykreowane miejsca są świetnym łącznikiem. Świat jest autentyczną wizją naszej Ziemi w przyszłości i wątpię, aby cokolwiek było podkolorowane. Z jednej strony czytelnik ma nieodparte wrażenie, że wszystkie elementy są zbyt realne, a z drugiej obawia się skutków swoich decyzji. Wyraźnie widać, że to chciwość i ludzkie pragnienia doprowadziły społeczeństwo oraz Ziemię do totalnego wyniszczenia.

Postaci pojawiające się w „Złomiarzu” nie są czarno-białe, ani źli do szpiku kości czy dobrzy jak anielskie zastępy. Z każdą kolejną stroną poznajemy naturę Nailera oraz jego towarzyszy. Nie zawsze z pozoru prawy człowiek jest godny zaufania, a nie każda zwierzęca kreatura pała chęcią mordu. Autor „Złomiarza” daje do zrozumienia odbiorcy, że całość jest w gruncie rzeczy lustrzanym odbiciem naszego świata, w którym dzieci robią wszystko, by zarobić kilka groszy na miskę ryżu. Pokazuje też, że zdesperowany i zachłanny człowiek jest zdolny do wszystkiego, aby osiągnąć zamierzony cel. Choć Bacigalupi skupił się na niższej warstwie społeczeństwa, robotniczej biedocie, to starał się ukazać także bogaczy, tzw. „lalusiów”, którzy mają zaplanowany każdy dzień, a ich przyszłość rysuje się w kolorowych barwach. Żałowałam, że autor nieco ukrócił przedstawienie tej klasy społecznej, gdyż taki wyrazisty kontrast między społecznością byłby bardzo ciekawy.

Ten niezbyt przejrzysty kontrast wiąże się też z objętością powieści. Przyzwyczaiłam się, że Bacigalupi rozwija swoje myśli i przelewa je na papier. W „Złomiarzu” zabrakło mi refleksyjności i wewnętrznych monologów. Zastąpiono to natomiast ozdobieniami w postaci barwnych epitetów i metafor. Dzięki temu autor wyrażał się bardziej dosadnie na temat danego wydarzenia czy postaci. Nie zaprzeczam, aż chce się czytać, lecz rozwinięte myśli bohaterów także mogłyby się pojawić.

Akcja książki ani na chwilę się nie zatrzymuje, a czasem wręcz przyspiesza w momentach, które i tak już są napięte do granic możliwości. Niestety Bacigalupi zawiódł mnie i w tym aspekcie, gdyż czynności postaci oraz następstwa poszczególnych decyzji były zbyt przewidywalne. Przyzwyczaiłam się, że jeden z najlepszych autorów młodego pokolenia potrafi mnie zaskoczyć, a w „Złomiarzu” nie zaznałam żadnej chwili niepewności.

„Złomiarz” nie jest powieścią obowiązkową, jeśli już obraca się w kręgach literackiej dystopii. Jest to natomiast pozycja idealna dla młodego czytelnika, który nie boi się mrocznych wizji przyszłości i potrafi docenić słowo zawarte w tekście. To także książka dla tych, którzy nie oczekują słodkiej miłości nastolatków pośród zapuszczonej dżungli, a chcą skupić się wartkiej akcji. „Złomiarz” zmusza do myślenia, a przy tym maluje przed nami obraz tragicznego wyobrażenia naszej rodzimej Ziemi.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

1.05.2014

Stosik majowy

Stosik majowy
Czas wziąć się za siebie! Maj rozpoczynam grypą, nauką matematyki i próbą przerzucenia się na książki, gdyż ostatnio królują fanfictions i anime (tak, zainfekowałam się Shingeki no Kyojin), a papierowe cuda leżą odłogiem. Z braku czasu, pieniędzy w portfelu i chęci do czytania stosik jest skromny, ale za to wszystkie poniższe książki to moje małe perełki. :)
"Coriolanus" - William Shakespeare - znalezione w londyńskim antykwariacie. Świr na punkcie Shakespeare'a działał niestety nawet wtedy, gdy w portfelu zostały ostatnie funty, więc kupiłam bez zastanowienia. I nie żałuję :3

"Will Grayson, Will Grayson" - John Green, David Levithan - czyli John Green w oryginale. Drugi akapit powieści, a ja już wyłam ze śmiechu. Jestem w trakcie czytania i często zastanawiam się czy mam śmiać się, czy płakać, więc zazwyczaj śmieję się przez łzy.

"Obnażeni. Prawdziwa historia Depeche Mode" - Johnathan Miller - Depeche Mode kocham od dzieciństwa i siłą rzeczy muszę poznać ich historię. To moja druga biografia DM, więc mam do czego porównywać :) Ciekawa jestem, która okaże się lepsza.

"Pusty Dom Sherlocka" - praca zbiorowa - a tutaj się nie wypowiem. Cicho sza! Bowiem niedługo na blogu ukaże się artykuł o tej książce i o pewnej międzynarodowej akcji. Lecz na razie nic więcej nie powiem :P

Zuza B (Gumiguta)

15.04.2014

#43 Recenzja: Zatopione Miasta

#43 Recenzja: Zatopione Miasta

Tytuł: Zatopione Miasta
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Ocena: 9/10

Powieści antyutopijne powoli zaczynają powtarzać sukces paranormal romance. Nawet najlepsze gatunki po pewnym czasie się nudzą i nie wprowadzają nic nowego do literatury. Coraz trudniej jest natknąć się na oryginalną fabułę i nietuzinkowe postaci. Paolo Bacigalupi jest znanym pisarzem zarówno na świecie, jak i w Polsce, a „Zatopione Miasta” to jego pierwsza powieść dla młodzieży.

Ameryka. Przysłowiowy kolos na glinianych nogach ugina kolana pod naporem wojny i cywilizacji. Stany Zjednoczone zamieniają się w podtopioną strefę walk Zjednoczonego Frontu Patriotów oraz Armii Boga, gdzie cywile są nic nieznaczącymi wyrzutkami, którymi nie należy się przejmować.

W takim świecie żyją Mahlia oraz Mouse, ścierwa wojny wioski Banyan Town. Pod opieką miejscowego lekarza, Mahfouza, próbują sprostać codzienności w miejscu, w którym nikt nikomu nie ufa, a rywalizacja o jedzenie, amunicję i leki jest na porządku dziennym. Pewnego dnia postanawiają uciec z Zatopionych Miast, lecz na bagnach natykają się na rannego półczłowieka – Toola. Hybryda człowieka i zwierzęcia, zaprogramowany morderca daje szansę Mahli i Mouse’owi. Jeśli Mahlia na czas nie przyniesie leków dla poharatanego Toola, może pożegnać się ze swoim przyjacielem. Tonący brzytwy się chwyta, a więc dziewczyna decyduje się pomóc swojemu towarzyszowi niedoli. Koszmar dopiero się zaczyna, a Mahlia nie jest nawet świadoma, że to ona rozpętała piekło…

„Zatopione Miasta” zostały podzielone na dwie części pt. „Ścierwa wojny” oraz „Zatopione Miasta”. W pierwszej z nich dominuje historia Mahli i życia w Banyan Town. W drugiej natomiast autor skupił się na przeżyciach Mouse’a. Przez cały czas Bacigalupi trzyma czytelnika w napięciu i obsypuje go pesymizmem. Pisarz pokazuje nam naszą przyszłość, która nie jest kolorowa i usłana różami. Co chwilę zadaje nam pytania dotyczące naszego człowieczeństwa, czy nie stajemy się gorsi niż zwierzęta. Często odrywałam się od lektury tylko po to, aby sobie na nie odpowiedzieć .

Postacie w „Zatopionych Miastach” są prawdziwe i nie zachowują się jak niedojrzali marzyciele. Znają realia, wiedzą, że aby przetrwać, muszą uciec się nawet do niemoralnych metod. Boją się, często martwią się tylko o siebie, jakiekolwiek pozytywne uczucia już dawno nie istnieją. Pragną tylko jednego – przeżyć. Ci, którzy chodzą z głową w chmurach, szybko opuszczają ten świat, a to wszystko na ich własne życzenie, jakby to powiedziała Mahlia.

Bacigalupi, pisząc powieść dla młodzieży, musiał dostosować język do nastolatków. Nie jestem pewna, czy mu się to udało. Książka nie jest bogata w przekleństwa, lecz słowa, których nie używa się na co dzień, pojawiają się bardzo często. Niektórych może to zrazić, ale uważam, że bez nich powieść straciłaby swój charakter i drapieżność.

Niesamowicie spodobało mi się przedstawienie Zjednoczonego Frontu Patriotów. W armii ZFP większość członków nie przekracza osiemnastki i umiera na polu walki. Przemienieni w nieczułe kreatury ludzie liczą tylko na swoich towarzyszy, zapominają o przeszłości i o swoich bliskich. Młodociani żołnierze, którzy z przymusu ściskają w rękach stare karabiny, to już problem XXI wieku, a Bacigalupi jeszcze go rozwija, tworząc makabryczną baśń, która nigdy nie powinna się spełnić.

„Zatopione Miasta” udowadniają nam to, że jesteśmy odpowiedzialni za świat, w którym żyjemy. Bacigalupi sprawnie operuje językiem i tworzy niesamowitą historię nie tylko dwójki wyrzutków, ale i całego społeczeństwa. Autor nie raz udowodnił, że w przeciągu kilku sekund może odwrócić losy bohaterów. „Zatopione Miasta” dowodzą, że na młodzieżowym rynku wydawniczym nadal trafiają się antyutopijne perełki.

Recenzja napisana na potrzeby portalu literatura.juventum.pl
Recenzja napisana przez: Zuza B (Gumiguta)

13.04.2014

Stosik kwietniowy

Stosik kwietniowy
Nie dość, że lenistwo mnie dopadło, to jeszcze internety szwankują, a między szkołą i snem ostatnio niewiele mam wolnego czasu. Ale stosik jest, udało mi się uzbierać kilka ciekawych pozycji - nie tylko książkowych :)

W bibliotece wyszukałam dwie powieści:
- "Córka Krwawych" - Anne Bishop - znalezienie pierwszej części tej podobno znakomitej serii, graniczy z cudem, więc tym bardziej jestem zadowolona, że ją znalazłam.
- "Tytus Groan" - Mervyn Peake - bez większego zastanowienia capnęłam tę powieść. Nawet nie wiem, o czym jest ta książka, ale opinie ma niezłe. 

No to teraz od góry:
- "Anielski śpiew" - Adrian Turzański - egzemplarz od autora. Uwielbiam anioły w literaturze, więc jest to dla mnie pozycja obowiązkowa. Już niedługo biorę się za lekturę :)
- "Oślepiający nóż" - Brent Weeeks - czyli jak kupić książkę wartą 50 zł za niecałe 20 zł. Nie dość, że zaoszczędziłam, to jeszcze uwielbiam tegoż autora. Przy tym mam kolejne miejsce, w którym można kupić świetne powieści za resztki w portfelu :)
- "Brudne ulice nieba" - Tad Williams - recenzja już jest na Juventum, a za niedługo pojawi się na blogu. :) I znowu anioły, które podbiły moje serce w pewien sposób (egzemplarz od Juventum.pl).
- "Maus" - Art Spiegelman - tym razem jest to komiks, który narobił wokół siebie niezłego szumu. To historia XX wieku, a przede wszystkim holocaustu, lecz ujęta w nieco inny sposób. Podobno jest to kontrowersyjna, ale niezaprzeczalnie dobra literatura.
Czas na zdobycze z Pyrkonu 2014 w postaci komiksów:
- "Dark Reign The List Avengers" - komiks wciśnięty przez koleżankę :) Zakupu nie żałuję, choć jest to tylko jeden zeszyt.
- "Red Sonja. Unchained" - cóż, jest to 4 tom przygód Red Sonji, lecz kupiłam go ze względu na autora scenariusza komiksu, Petera V. Bretta, którego uwielbiam


Teraz muszę się pochwalić wygraną w konkursie, który organizował sam Peter V. Brett :)

Za namową przyjaciółki wzięłam do ręki klej, nożyczki, pióro, herbatę z cytryną i dwie paczki zapałek. Należało stworzyć jakikolwiek przedmiot z runami z cyklu książek Bretta pt. "Cykl demoniczny". Na szybko zrobiłam runiczny grimoire, który, o dziwo, zajął trzecie miejsce. TUTAJ możecie zobaczyć moje "dzieło".  

A co wygrałam? Tzw. graficzny audiobook "The Daylight War" ("Wojna w blasku dnia"). Może nie byłoby aż takiego szału, gdyby to był zwyczajny audiobook. Natomiast ten jest niezwykły pod tym względem, że jest to swoiste słuchowisko na skalę światową. Na 14 płytach ukaże się cała gama aktorów, którzy są przypisani do oddzielnej postaci. Na potrzeby audiobooka stworzono specjalną ścieżkę dźwiękową i odgłosy. Płyty już częściowo przesłuchane i powiem Wam, że audiobook jest przegenialny *.* A, i oczywiście mam kolejne 3 autografy od Petera V. Bretta :)

Zuza B (Gumiguta)
Copyright © 2016 Recenzje Nadine , Blogger